środa, 31 lipca 2024

Był czy nie był? Wawerskie tęsknoty za Napoleonem.

Wszystko wskazuje na to, że Napoleon nie przejeżdżał nigdy przez tereny dzisiejszego Wawra. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo byśmy tego przejazdu chcieli.

Wśród lokalnych wawerskich legend przechowała się opowieść (wzmianka?) o krótkim pobycie cesarza Francuzów w karczmie wawerskiej. Miał się tu zatrzymać w roku 1812, podczas marszu na wschód. Potwierdzenia tej legendy poszukuje się w lokalnym nazewnictwie. Tereny dzisiejszego Wawra przecina biegnąca z Międzylesia do Radości ulica (po części leśna droga) Trakt Napoleoński. Z kolei w Aleksandrowie mamy ulicę (raczej uliczkę) Napoleona Bonaparte. Stanowiła ona swego czasu drugi odcinek Traktu Napoleońskiego.

 Nazwę „Trakt Napoleoński” nadano w okresie międzywojennym. Odwoływała się zapewne do jakiejś starszej, być może XIX-wiecznej tradycji. W przypadku samej karczmy również pojawia się imię Napoleona. Po I wojnie światowej ówczesny właściciel tego obiektu, Konstanty Morantowicz, wydzierżawił go Szymonowi Walczakowi. Walczak reklamował lokal jako karczmę „Pod Napoleonem”. W czasach PRL-u poszczególne pomieszczenia budynku  pełniły funkcję komunalnych bieda-mieszkań. W roku 1981 budynek wydzierżawiła od Skarbu Państwa rodzina Walczyków. Od tego momentu rozpoczyna się trwająca do dziś kariera „Zajazdu Napoleońskiego”.

 Również i w tym przypadku tropy (coraz mocniej rozmyte) prowadzą do wieku XIX. Więc może coś jest na rzeczy? Może Bonaparte rzeczywiście zatrzymał się w położonej przy trakcie brzeskim gospodzie? Jest jednak pewien problem z tą legendą: nie wytrzymuje ona konfrontacji z wiedzą historyczną. Marszruta Napoleona przez  ziemie polskie między 29 maja a 11 czerwca 1812 wiodła z Saksonii przez Śląsk, Wielkopolskę i Pomorze. Cesarz zawitał w Głogowie, Poznaniu, Gnieźnie, Toruniu i Gdańsku, ale na Mazowsze i do Warszawy nie było mu po drodze.

To o czym pisać? Pisać zawsze warto. Można na przykład pisać o nadziei, że doszło do nieporozumienia i że pierwszy spośród Francuzów jednak był w Wawrze, ale przy innej okazji. Okazji związanej z przyjazdem do Warszawy. Kiedy Bonaparte gościł w stolicy Księstwa Warszawskiego? W grę wchodzą trzy pobyty. W pierwszej kolejności: cztery grudniowe dni  (od 19 do 22) 1806 roku. Później mamy praktycznie cały styczeń (od 1 do 29) 1807 roku, kiedy to, po nierozstrzygniętej bitwie pod Pułtuskiem, cesarz poddał się urokom warszawskiego karnawału. Trzeci moment, to krótki, jednodniowy pobyt (10 grudnia 1812) w stolicy Księstwa Warszawskiego, podczas odwrotu po nieudanej kampanii rosyjskiej. Pierwszy i (zwłaszcza) trzeci pobyt od razu sobie darujmy. Genialna korsykańska głowa pochłonięta była wtedy innymi problemami niż wędrówki po okolicach Warszawy, a kierunek przybyć i odejść francuskiego monarchy wyznaczały zachód i północ, a nie wschód. Styczeń 1807 to co innego. Bonaparte stwierdził ponoć wtedy, że skoro nie można walczyć, to trzeba tańczyć. Wyluzował się na tyle, że pozwolił sobie na rozpoczęcie romansu z Marią Walewską. Jego pierwsze chwile rozegrały się na Zamku Królewskim, a może w pałacu księcia Józefa Poniatowskiego w Jabłonnie.

Można by puścić wodze fantazji i wyobrazić sobie, że po kolejnej upojnej zamkowej nocy, Napoleon (teraz już sam) kazał zaprząc sanie i wieźć się na drugą stronę Wisły. W pierwszych tygodniach zimy 1806/1807  roku pogoda była raczej zmienna: ochłodzenia i ocieplenia, śnieżyce i  błotnista breja. Mogło się jednak zdarzyć tak, że na kilka dni lód skuł Wisłę. Sanie sunęły szybko. Po lewej stronie zamigotały światła Pragi. Dość szybko w tyle zostały opłotki Kamiona i Gosławia. Cesarz polecił zatrzymać się na rozstaju dróg. Świtało. Widoczność była świetna. Błądził wzrokiem po linii ciemnego lasu. Mierzył się w myślach z carem Aleksandrem (co za chichot losu, to on miał przecież zostać nowym Aleksandrem!). Mierzył się z wielką przestrzenią, która czekała go na wschodzie. Czekał go również nowy dzień. Dał rozkaz powrotu. Tuż obok sań zamajaczył przez moment budynek karczmy Wawer.

W relacjach z tamtych dni są wzmianki o schadzkach pary słynnych kochanków w  karczmach w Błoniu i Jabłonnie. A co się działo w 1807 roku z karczmą wawerską? Najstarsza i zarazem pewna dotycząca jej informacja źródłowa pochodzi z roku 1727. Część historyków sądzi, że od końca XVIII wieku karczma nie funkcjonowała. Widzimy ją wprawdzie na  mapach Karola de Perthéesa z 1783 roku i Serrieuriera z 1794 roku. Nie ma jej już jednak na mapie rozgraniczenia dóbr skarbowych Gocławia od dóbr prywatnych Zastowa z 1800 r. i na mapie Davida Gilly'ego z 1803 r. Jedna z hipotez mówi o spaleniu karczmy podczas insurekcji kościuszkowskiej. Mogła też nie przetrwać trzeciego rozbioru. Na terenach dzisiejszego Wawra wytyczono wtedy granicę prusko-austriacką, co spowodowało spadek znaczenia pobliskich dróg i - co za tym zwykle idzie - spadek zapotrzebowania na przydrożne usługi. Karczma tak całkiem chyba jednak nie zniknęła, skoro informacja o niej pojawia się w inwentarzu folwarku zastowskiego z 1803 roku:Na Wawrze karczma w której Żyd przykłada do gromady”. W dokumencie „Opisanie ekonomiczne folwarku zastowskiego”, dotyczącym lat 1806-1814, występuje osoba dzierżawcy karczmy wawerskiej (Józef Gortatowski lub Garlitowski) oraz informacje o jego rodzinie i służbie. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że część ogólnodostępnych źródeł powtarza informację, że drewniany budynek austerii wawerskiej został wybudowany dopiero w latach 1804-1806 i przyjmuje taką datę jej powstania (!). Wspomniana granica prusko-austriacka „odsunęła się” wprawdzie od Warszawy w wyniku porażki Austriaków w 1809 roku, co mogło poprawić sytuację karczmy. Jednak w trakcie kampanii 1812 roku (?) karczma prawdopodobnie spłonęła. Jeszcze w 1823 roku na jej terenie stał tylko „podpiwniczony barak z bali, bez komina i pieca, z dwoma oknami”. Podsumowując tę zagmatwaną opowieść o zmiennych losach wawerskiej karczmy: niczego godnego krótkiego nawet postoju nie mógł tam zastać Bonaparte ani w roku 1807, ani tym bardziej w 1813! A szkoda, bo może odnalazłby tu swoje ulubione potrawy i spojrzał dzięki temu przychylniejszym okiem na Polaków? Rozumowanie takie przypomina wprawdzie naiwność zwolenników (ówczesnych i współczesnych) romansu z Marią Walewską, ale przecież każdemu wolno być naiwnym.

A jakie były kulinarne upodobania cesarza Francuzów? Co mogłoby poprawić jego nastrój i nastawienie do sojuszników? I znów, nie za bardzo jest o czym pisać. Wszystko wskazuje na to, że jego nieustająca aktywność nie pozwalała mu na wyszukane podejście do własnego żywienia. Podobno na obiad poświęcał od dziesięciu do dwunastu minut. Potrafił jeść na stojąco, a nawet siedząc w siodle. Nie lubił sztućców, chętnie posługiwał się rękami. Wino pił z umiarem, bez umiaru kawę i czekoladę. Autor „Fizjologii smaku” Jean Anthelme Brillant-Savarin pisał o nim: „jadał nieregularnie, szybko i niewłaściwie; ale i w tym widać było niezłomną wolę, jaką okazywał we wszystkim. Ledwie poczuł apetyt, już musiał go zaspokoić i jego służba była gotowa o każdej godzinie i na pierwsze skinienie podać drób, kotlety i kawę”. Najchętniej pochłaniał najprostsze dania. Jego entuzjazm budził drób, a zwłaszcza kury i kurczaki. Smakowały mu w związku z tym staropolskie kapłony czyli specjalnie tuczone i kastrowane młode koguty. Do legendy przeszedł jednak kurczak spod Marengo. Podobno po tej krwawej włoskiej bitwie (1800) Napoleon był wyjątkowo głodny i domagał się natychmiastowej kolacji. Przerażony kuchmistrz Dunant (właściwe: François-Claude Guignet) wysłał kwatermistrzów, aby poszukali produktów. Dostarczyli mu kurczaka, trzy jajka, parę pomidorów i kilka raków. Co zrobił kuchmistrz? Joseph Favre pisze: „Oczyścił kurczaka, pokroił go na kawałki, natarł mięso solą i pieprzem, po czym przysmażył na gorącej oliwie, z dwoma lub trzema ząbkami czosnku. Na tej samej oliwie usmażył jajka i odstawił je na bok. Odsączył tłuszcz i podlał kurczaka wodą. Obrał ze skórki pomidory, usunął z nich gniazda nasienne, pokroił i dodał do kurczaka. Raki ugotował na parze znad gotującego się kurczaka. Gdy mięso doszło, odstawił raki na bok, a na patelnię wlał nieco koniaku z manierki generała, nie miał bowiem wina, aby wzmocnić sos. Na koniec ułożył kurczaka na talerzu z cyny, polał go sosem i otoczył rakami oraz sadzonymi jajkami.” Złośliwi twierdzą, że Dunant zaserwował po prostu monarsze kurczaka po piemoncku.

Wiedza o upodobaniach cesarza skutecznie rozeszła się po ziemiach Rzeczpospolitej. 9 grudnia 1812 roku, uchodząc z Rosji, pojawił się w Łomży. Przyjęto go dwiema butelkami wina i daniem z kapłonów. Może być oczywiście tak, że w mieście wypłukanym z zapasów wskutek fiskalizmu polskich władz i rozbudowanych potrzeb francuskich sojuszników, niczego innego poza kogutami nie znaleziono… 

Tak czy inaczej, Napoleon ma swoje miejsce w historii gastronomii. Brytyjczycy konsumują „żebra Napoleona”, Rosjanie dedykowali mu tort „Napoleon”, a Polacy ciastko „napoleonkę”. We Francji pod jego panowaniem upowszechniły się ziemniaki. Zadbał o stworzenie podwalin przemysłu cukrowego. Popierał prace badawcze nad konserwowaniem żywności... Szkoda, że „Zajazd Napoleoński” nie ma w swoim menu kurczaka Marengo (pomijam tu fakt, że współcześnie funkcjonuje kilkadziesiąt kompletnie różnych wersji tej potrawy) albo choćby napoleonki. Pieczona kaczka, rolada z udźca indyka i filety z kurczaka mogłyby Bonapartemu nie wystarczyć.

Można też żałować, że opowieść o postoju Napoleona w karczmie Wawer pozostaje jedynie lokalną wersją ogólnopolskiej tęsknoty za Napoleonem. Gdyby naprawdę tu był, zyskalibyśmy zapewne cenny dla dzielnicowego muzeum eksponat. Jak przypomina Wojciech Winko z Lokalnej Organizacji Turystycznej w Łomży: „Napoleon miał zwyczaj, że tam, gdzie spędzał nocleg, to swoją bieliznę i odzież wierzchnią zostawiał w dowód uznania, zadowolenia z usługi właścicielom miejsca, gdzie się zatrzymywał.” W związku ze wspomnianym pobytem w Łomży stosowny fragment jego bielizny znajduje się w zbiorach Łomżyńskiego Towarzystwa Naukowego im. Wagów. Łomża ma cesarskie gacie. Wawer nie ma.



 Wykorzystałem wiele zasobów Internetu. Autorem zdjęcia "Zajazdu Napoleońskiego" jest Dariusz Kowalczyk. Obrazy Jerzego Kossaka pochodzą ze strony www.pinakoteka.zaścianek.pl.






























 

 

sobota, 6 lipca 2024

Co Hitler robił na wieży?

Idę sobie ulicą Dębową, patrzę w górę, a tam Adolf siedzi na wieży”. Nie natknąłem się nigdzie na taką relację, ale przesłanki do jej powstania zaistniały. Adolf Hitler faktycznie pojawił się  na wieży kościelnej w Glinkach. Było to 22 września 1939 roku. Pomijam tu fakt, że z ulicy Dębowej trudno byłoby tę scenę zobaczyć. Już prędzej z Klasztornej. To kwestia topografii i widoczności. Ale jest przecież słynna fotografia. Mimo, że wiele razy ją widziałem, nijak nie potrafię połączyć tej postaci z tą właśnie wieżą. Nie rozumiem też, dlaczego takie wydarzenie pozostawiło w lokalnej pamięci jedynie nikły ślad. Mnie ono bardzo bulwersuje. Doszło przecież do profanacji wieży i kościoła. Ale może po kolei…

Budowa kościelnej (przykościelnej) wieży była przez wieki ważnym dla lokalnej społeczności wydarzeniem, a jej istnienie (pomijając utylitarną wartość wieży) dawało powód do dumy. Nie inaczej musiało to wyglądać w przypadku Glinek i Czaplowizny, niewielkich podwarszawskich osad, które po II wojnie światowej zafunkcjonują jako Marysin Wawerski. W latach 1926-1936 wzniesiono tu, staraniem Zgromadzenia Sióstr Felicjanek, kościół będący wotum wdzięczności za odzyskaną niepodległość. Został on pomyślany (autorem projektu był Zygmunt Gawlik) jako budynek dwupoziomowy i jednonawowy; zbudowany w stylu eklektycznym na planie krzyża łacińskiego i połączony z zabudowaniami klasztornymi. Licząca przeszło 80 metrów wieża powstała od strony północnej (kościół nie jest orientowany) i górowała nad całą okolicą. Składała się z trzech części: ceglanej wieży właściwej zakończonej balustradą, betonowej nadbudowy i mosiężnej kopuły zwieńczonej krzyżem. Oprócz niej była jeszcze nieco niższa wieża-sygnaturka. Przedsięwzięcie budowlane felicjanek miało służyć ich społecznym dziełom, ale zgodnie z życzeniem władz kościelnych od samego początku w kościele odprawiano też nabożeństwa dla okolicznej ludności. A że inne świątynie były daleko, mieszkańcy Glinek i Czaplowizny przyjęli ten stan rzeczy z radością.

Minęło kilka lat. Decyzją Adolfa Hitlera Niemcy najechały na Polskę. To był wrzesień 1939 roku. Próbuję się dowiedzieć, co robił wódz III Rzeszy podczas kampanii wrześniowej. Wie to niemiecki historyk Volker Ullrich. Pewnie nie on jeden, co nie zmienia faktu, że wie. Führer miał swój pociąg. Specjalny pociąg. Obsługiwany przez dwie lokomotywy, na obu końcach opancerzony i zaopatrzony w działka przeciwlotnicze. Główny pasażer dysponował salonką, wagonem dowodzenia i centralą komunikacyjną, zapewniającą łączność z dowództwem armii. I tym pociągiem się przemieszczał. To, że za każdym razem trzeba było miejsce jego pobytu zabezpieczyć i przekształcić w zamknięty teren wojskowy, to już nie był jego problem. Komendantem tej swoistej kwatery głównej został generał-major Erwin Rommel. W otoczeniu wodza dyżurowali non stop jego zastępca Martin Bormann, szef pionu prasowego Otto Dietrich i fotoreporter Heinrich Hoffmann. W ścisłej asyście znaleźli się też adiutanci, kamerdynerzy, sekretarki i lekarz. Oddzielny wagon  przygotowano dla Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu (Wilhelm Keitel, Alfred Jodl i inni). Dzięki temu mobilnemu rozwiązaniu Hitler miał możliwość bezpośredniej kontroli nad przebiegiem operacji wojennych. Nie wtrącał się jednak w czasie tej kampanii w decyzje swoich dowódców. Fotografowany przez Hoffmanna, pozował na „pierwszego żołnierza III Rzeszy”; jeszcze w 1939 roku ukazał się album fotograficzny „Hitler in Polen”. Niewiele późniejsza książka Ottona Dietricha „Auf den Straßen des Sieges” („Na drogach zwycięstwa”) przedstawia (fałszywie) kampanię wrześniową jako efekt geniuszu strategicznego führera.

4 września pociąg specjalny stacjonował w Połczynie-Zdroju (Bad Polzin). Następnego dnia pojawił się w Bornym Sulinowie (Groß-Born). 9 września trafił do Jełowa (Ilnau) pod Opolem. Trzy dni później był już w śląskim Gogolinie. 18 września rozpoczęła się podróż na północ. 19 września pociąg i Hitler dotarli do Sopotu. Tego dnia, po południu, wódz wygłosił pod Dworem Artusa w Gdańsku przemówienie, w którym obciążył winą za wojnę Polskę i ogłosił zwycięstwo Niemiec. 

Co było dalej? U Ullricha nie pojawia się informacja o wydarzeniach 20 i 21 września. Autor twierdzi, że 22 i 25 września Hitler, korzystając z lornety nożycowej, oglądał z lądowiska pod Warszawą efekty bombardowania polskiej stolicy. 26 września jego pociąg był już w Berlinie. No to kiedy ta wieża, zapytacie?

Z relacji zapisanych przez felicjanki wynika, że Wehrmacht wkroczył do klasztoru 15 września. Siostry poinformowały Niemców, że są obywatelkami amerykańskimi. Może z tego powodu, a może dlatego, że najwyższy rangą oficer był katolikiem z Bawarii, zakonnice potraktowano łagodnie, pozostawiając w ich rękach część pomieszczeń klasztornych i zgadzając się na obecność uchodźców z Anina. Klucze do wieży Niemcy przejęli. Wykorzystywali ją prawdopodobnie do kierowania ogniem ustawionych w bezpośredniej bliskości kościoła i klasztoru 14 dział artyleryjskich. 22 września, od wczesnych godzin rannych panowało wśród niemieckiej załogi ogromne poruszenie. Około południa zakonnicom zabroniono poruszać się po terenie, a najważniejsze jego punkty obsadzili uzbrojeni wartownicy. Nadjechały auta pełne niemieckich mundurowych. Ostatnie auto, przypominające amerykańskiego jeepa, przywiozło dwóch, nieco inaczej ubranych oficjeli. Podniosły się w górę wszystkie prawe dłonie, rozległ się krzyk „Heil Hitler!”. 

Po pół godzinie ciszy nastąpił ruch  odwrotny, z tym, że „jeep” nie ruszył w kierunku szosy lubelskiej jak pozostałe pojazdy, tylko skręcił w stronę ulicy Klasztornej i dotarł do zlokalizowanego „na polu” (?) prowizorycznego lotniska. Pasażerowie przesiedli się do niewielkiego samolotu, który wkrótce odleciał. Z wyjaśnień okupujących klasztor Niemców wynikało, że na wieży byli: Adolf Hitler i Heinrich Himmler. Potwierdzało ten fakt ogromne zainteresowanie niemieckich żołnierzy: w ciągu kilku kolejnych dni kupili od sióstr wszystkie dostępne pocztówki z fotografią kościoła. 

Im więcej czytam o Hitlerze, tym bardziej wydaje mi się on małym chłopcem. Nie umniejszam jego zbrodni, mam na myśli mentalność i emocje. Co robił na wieży? Zakładam, że jak każdy mały chłopiec lubił wejść gdzieś wysoko. Z całą pewnością (to już było mniej dziecinne) mógł się na tej wieży upajać swoją wielkością i władzą nad przestrzenią. Jak każdy mały chłopiec lubił też zabawki. A lorneta nożycowa była zabawką, przyznajmy, w warunkach wojny bardzo przydatną. Układ dwóch peryskopów ustawionych w kształcie litery V, umieszczonych na wspólnym statywie, umożliwiał obserwację terenu spoza przeszkody terenowej. Lorneta nożycowa mocno powiększała i pozwalała precyzyjnie oceniać odległości. Miała tylko jedna wadę: była bardzo ciężka. W tym przypadku rozwiązano ten problem mocując statyw do balustrady dolnej kondygnacji wieży. Co widział Hitler z wieży? Nie wiem, czy był w stanie obserwować dokładnie co dzieje się za Wisłą. Z całą pewnością widział skutecznie broniącą się przed Niemcami redutę „Grochów” (rejon ulic: Waszyngtona, Międzyborskiej i Grenadierów), obsadzoną przez żołnierzy 21 pułku Piechoty „Dzieci Warszawy”, dowodzonych przez pułkownika Stanisława Sosabowskiego.

Są jeszcze kolejne „nie wiem”. Nie wiem, pomimo prób ustalenia, skąd wziął się wódz III Rzeszy w Glinkach. Nie wiem, dlaczego nie wybrano dlań innego punktu obserwacyjnego, na przykład wieży zerzeńskiego kościoła - przecież był on usytuowany bliżej Wisły (może dlatego, że jeszcze 20 września toczyły się w tamtej okolicy walki?). Nic nie wiem o samej wieży. Nigdy jej nie zwiedzałem, nie mam pojęcia, jak usytuowane są drzwi i schody. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak wyglądała tamta „wizyta”. Nie potrafię rozpoznać postaci na fotografii. Wiem za to, że Hitler miał inne przygody z wieżami. Były wśród nich przygody wyimaginowane: są tacy, którzy twierdzą, że obserwował zmagania powstania warszawskiego z 40-metrowej wieży ciśnień przy Torze Służewieckim. Problem w tym, że w 1944 roku w ogóle nie pojawił się w Warszawie, a nieszczęsna wieża mogła być już latem 1944 roku ruiną. Były też przygody realne, choć niezrealizowane. Chodzi o pomysł wysadzenia w powietrze Wieży Eiffla przed wycofaniem się Wehrmachtu z Paryża.

Wracając do „wizyty” na marysińskiej wieży, pozostają tak naprawdę tylko trzy (może więcej?) utrwalające ją fotografie. Pozostaje też pamięć (jak pisałem: nikła) i negatywne emocje. Wieże budowano (w teorii przynajmniej) „ad majorem Dei gloriam”, a nie dla widzimisię jakiegoś zbrodniarza!

Czasem spaceruję po tamtej okolicy. Wieży w dawnym kształcie oczywiście nie ma. Wysadzili ją w 1944 roku, zresztą na prośbę sióstr, kościuszkowcy. Przez wiele powojennych lat udało się odbudować jedynie dolną jej część. Dwie kolejne części zastępuje współcześnie lekka (?) metalowa konstrukcja. Ale wysokość jest ta sama. Pewnego razu wyobraziłem sobie, że Adolf, doskonale widoczny od strony zachodniej, ginie „zdjęty” przez polskiego snajpera. Innym razem zastanawiałem się, czy mógł widzieć Hitlera z pobliskiej „Różyczki” Janusz Korczak. Wszystko jednak wskazuje na to, że był wtedy po drugiej stronie Wisły. Imaginacja robi swoje i nie zawsze zgadza się z faktografią. A ja nadal nie wiem, jak odczarować tamto miejsce i tamten moment. Pokuta za zbezczeszczenie miejsca kultu? Nie wiem, może ją odprawiono. Tablica pamiątkowa z przestrogą? Ryzykowne. Chyba nie ma dobrego rozwiązania.


Wykorzystane przeze mnie fotografie pochodzą z materiałów Narodowego Archiwum Cyfrowego, z portalu "Twoja Praga", z profilu fb "PoWarszawsku" (autor: Paweł Nowak), ze zbiotów sióstr felicjanek i ze zbiorów rodzinnych Tadeusza Brodowskiego. 















































 

wtorek, 2 maja 2023

Anin. 29 kwietnia 1942 roku.

1941

W Aninie rozwija się konspiracyjna działalność wrogiej wobec okupanta grupy młodzieży. Młodzi nie ukrywają się specjalnie: śpiewają głośno zakazane pieśni, zachowują się prowokacyjnie wobec Niemców, kolportują podziemną prasę. O ich zbiórkach wiedzą prawie wszyscy. Ta aktywność niepokoi zastraszonych zbrodnią wawerską (27 grudnia 1939) aninian i prowadzących własną politykę urzędników gminy. Jako nazwa grupy, we wspomnieniach powtarza się najczęściej „XIII Drużyna Zawiszaków”. Starsi jej członkowie bywają nazywani „grupą Górskiego”, młodsi „grupą Kopalińskiego”, co mogłoby odpowiadać podziałowi na podchorążych ze Związku Walki Zbrojnej i harcerzy z Szarych Szeregów. W literaturze pojawiają się też inne nazwy organizacji, do których mieliby należeć: Zbrojne Wyzwolenie Grupa „Jawor”, Organizacja Wojskowa - Korpus Bezpieczeństwa i Orlęta (młodzieżówka Związku Strzeleckiego).


26 lutego 1942

W Aninie odbywa się policyjna obława (być może ma ona związek z zabiciem esesmana przy ulicy Odyńca w Warszawie, być może jest też efektem donosu współpracownika Gestapo). Biorą w niej udział niemieccy żandarmi oraz polscy i niemieccy agenci (Henryk Wierzchowski pisał w roku 1984 o 60. żołnierzach i żandarmach dowodzonych przez kapitana Schmidta). Wszyscy wyposażeni w pancerze i tarcze ochronne. Otaczają dwa budynki: willę Falęckich na południowo-zachodnim rogu VIII Poprzecznej i ulicy ks. Ignacego Skorupki (dziś: Rzeźbiarska) i willę „Violetta” przy VIII Poprzecznej 13, róg północny Królewskiej (dziś: Michała Kajki). Przebywający w willi Falęckich młodzi ludzie (było ich kilkunastu, należeli w większości do wspomnianej grupy, Wierzchowski pisał o sześciu) obrzucają uczestników obławy granatami   i uciekają przez okno, część w kierunku Wiśniowej Góry, część w kierunku Wisły.  Z „Wioletty” usiłuje wydostać się uzbrojony Leszek Kopaliński, ale ginie w nierównym boju z Niemcami. Jego matka, Helena Kopalińska, zostaje skatowana i zastrzelona. Ich ciała Niemcy zabierają ze sobą. W „Wioletcie” aresztują również Rajmunda i Tadeusza Górskich. Wśród uczestników obławy jest dwóch zabitych i co najmniej czterech rannych. Powoduje to intensywne poszukiwania i aresztowanie większości uciekinierów z willi Falęckich. Zostają oni osadzeni przy ulicy Daniłowiczowskiej (w przedwojennym Centralniaku Niemcy urządzili teraz więzienie sądowe) i poddani brutalnemu śledztwu. Gubernator Ludwig Fischer zapowiada działania odwetowe.


29 kwietnia 1942 

W Aninie dochodzi do kolejnych dramatycznych wydarzeń. Ulicą VIII Poprzeczną, od strony linii kolejowej, jedzie ciężarówka niemieckiej żandarmerii. Zatrzymuje się na chwilę przed willą „Wioletta”, potem podjeżdża parę metrów dalej, do wlotu VIII Poprzecznej w ulicę Królewską. Skręca w lewo i zatrzymuje się naprzeciw niewielkiego lasku. Żandarmi wyciągają z auta kilkunastu, w większości bardzo młodych, mężczyzn. Są niezwykle brutalni. Prowadzą przywiezionych między drzewa, brzegiem Kanału Wawerskiego. Strzelają do nich. Ofiarami egzekucji są w większości więzieni do tej pory na Daniłowiczowskiej uczestnicy konspiracyjnego spotkania z 26 lutego.

Nie ma pewności, czy właśnie taki był przebieg wydarzeń. Relacje są nieliczne i różnią się od siebie. Walerian Karpiński pisze o  „rozstrzelaniu w trzech partiach”. Barbara Szulczewska Spiechowicz po prostu o rozstrzelaniu. Według Józefy Kryfko Niemcy zaczęli mordować bezbronne ofiary już przy samochodzie, strzelając im w tył głowy. Jako pierwszy zginął niepełnosprawny mężczyzna (Rajmund Górski). Kolejnych pięciu zabito w podobny sposób. Do pozostałych „strzelano, jak do kaczek”. Potem ściągnięto im buty i zabrano cenne przedmioty. Grzebaniem zwłok zajęli się granatowi policjanci. Rozpowszechniali oni informacje, że zamordowani byli pospolitymi bandytami. Barbara Wołodźko Maziarska opublikowała w swej książce „O Starym Aninie inaczej” fotografię pokazującą te pierwsze, prowizoryczne pochówki. Po jakimś czasie (znów brakuje mi wiedzy, kiedy się to stało), doszło do ekshumacji i przeniesienia zwłok na utworzony w pierwszych dniach wojny cmentarz przy ulicy Dębowej (dziś: Kościuszkowców). 



29 kwietnia 2023 

Mamy w Aninie miejsca pamięci. Ulica Michała Kajki. Blisko wlotu VIII Poprzecznej, naprzeciw posesji numer 39, po wschodniej stronie ulicy, ukośnie do jej osi, stoi (od kilkudziesięciu lat) tablica pamiątkowa Tchorka. Napis na tablicy informuje: „Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. Tu w kwietniu 1942 roku hitlerowcy rozstrzelali 12 więźniów z Pawiaka”

Krótka wędrówka południowym brzegiem Kanału Wawerskiego (w Aninie pieszczotliwie nazywanego „kanałkiem’) w kierunku ulicy Niemodlińskiej (wąska ścieżka i bliskość ogrodzenia narażają na zsunięcie się do wody!) umożliwia dotarcie do ogrodzonego żelaznym płotkiem symbolicznego grobu, składającego się z krzyża, kamienia i dwóch leżących płyt. Płyta bliższa krzyża informuje:

„TADEUSZ SZULCZEWSKI LAT 15
  TADEUSZ GÓRSKI 18
  RAJMUND GÓRSKI 58
  ZDZISŁAW TRUCHLEWSKI 18
  JÓZEF RYBIŃSKI 18
  STACH TOMERSKI 19
  KAZIMIERZ KRYFKO 19
  EDWARD STĘPIEŃ 20
  TADEUSZ MAJEROWSKI 20
  JERZY GRZYBALSKI 22
  JÓZEF SOSZYŃSKI 23
  ZYGMUNT WIELECHOWSKI 38
  LESZEK KOPALIŃSKI 19
  HELENA KOPALIŃSKA 42
  ROZSTRZELANI PRZEZ KATÓW HITLEROWSKICH W DNIU 29.IV.1942 R.        W 
ANINIE.

  CZEŚĆ ICH PAMIĘCI”

Druga płyta (najwyraźniej nowsza) podaje krótszy komunikat: „Tu 29.04.1942 Niemcy rozstrzelali podchorążych Armii Krajowej i harcerzy Szarych Szeregów”. Dwie oddzielne tablice, umieszczone po lewej stronie krzyża, wzmacniają przekaz o dwóch spośród straconych (Wiesław Truchlewski, Tadeusz Szulczewski).

Są w tym przekazie sprzeczności. Nie wiadomo dlaczego tablica Tchorka wspomina o „więźniach z Pawiaka”, a tablica z symbolicznego grobu zalicza do rozstrzelanych 29 kwietnia Helenę i Leszka Kopalińskich. Zbyt jednoznaczne wydaje się stwierdzenie, że polegli byli podchorążymi Armii Krajowej (wiosną 1942 roku AK konsolidowała się dopiero z różnych organizacji) i harcerzami Szarych Szeregów. Nie to jednak jest najważniejsze. Ważniejsza jest trwałość pamięci. Swego czasu upomniał się o nią brat rozstrzelanego Tadeusza Szulczewskiego, Jerzy Kajetan Szulczewski, aranżując kształt symbolicznego grobu. W ostatnich latach bratanek  Tadeusza, Grzegorz Szulczewski, stara się tę pamięć podtrzymać. Dba o symboliczny grób, poszukuje dokumentów i świadectw,  prowadzi profil fb „Rozstrzelani w Aninie Żołnierze i Harcerze z Podchorążówki 29.04.1942”. To piękny przykład troski o historię rodzinną. Ale nie tylko rodzinną. Polegli wtedy młodzi ludzie mieszkali w większości w Aninie. Wiele im zawdzięczamy. Pamięć o nich powinna być więc ważnym elementem anińskiej tożsamości.


Fotografie pochodzą z różnych zasobów Internetu, w tym z profilu Rozstrzelani w Aninie Żołnierze i Harcerze z Podchorążówki 29.04.1942”.


poniedziałek, 31 października 2022

Duchowe centrum Wawra

  W Wawrze pojawił się kolejny pomnik! Jest to tablica upamiętniająca przełożoną warszawskiej prowincji Zgromadzenia Sióstr Świętego Feliksa z Kantalicjo (1938-1946), matkę Marię Symplicytę Nehring oraz siostry z tego zgromadzenia i ich wojenną postawę. Tablicę odsłonięto 24 kwietnia 2022 roku. Sfinansowało ją Oddziałowe Biuro Upamiętniania Walk i Męczeństwa Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie. Razem z felicjankami i dzielnicą Wawer, Biuro sfinansowało również wystawę plenerową „Wy macie być opoką dla przyszłości”. Ponadto leśna aleja, łącząca teren klasztoru z dzielnicą Wesoła, ponownie otrzymała nazwę Alei Matki Symplicyty.

Działalność felicjanek z lat 1939-1944 była po wielokroć wspominana, ale czy przypisujemy jej właściwą rangę i znaczenie? We wrześniu 1939 roku tłumy mieszkańców stolicy uciekały ze swojego miasta. Część z nich znalazła się na szosie lubelskiej. Idących uchodźców nękali niemieccy lotnicy. Panowało ogromne zamieszanie. Byli zabici i ranni. I wtedy bramy swego wybudowanego kilka lat przed wojną klasztoru na Glinkach (dzisiejszy Marysin Wawerski), otworzyły felicjanki. Każdego dnia w jego podziemiach znajdowało schronienie do 200 osób. Trzeba ich było nakarmić i zapewnić im nocleg. Siostry stanęły na wysokości zadania. W ich opowieściach z tych dni pojawia się „cud matki Symplicyty” - kiedy opustoszała już spiżarnia, przełożona poleciła ugotować zupę z resztek i osobiście stanęła do jej wydawania. Podobno wystarczyło dla wszystkich… Wobec rosnącej liczby rannych i poszkodowanych, palącą sprawą stało się stworzenie szpitala polowego. Prowizoryczny szpital powstał przy szosie lubelskiej. Matka Symplicyta oddelegowała do niego dziesięć sióstr. Drugi szpital felicjanki zorganizowały i prowadziły w klasztornej szopie. Pielęgnowały rannych cywilów i żołnierzy. Aby zapobiec katastrofie humanitarnej i panice, wzięły się, wspólnie z ochotnikami, za grzebanie zabitych i zmarłych.
Po zajęciu Wawra przez oddziały niemieckie, rozpoczęła się trudna okupacyjna codzienność. Wraz z nią pojawiły się też nowe wyzwania. Felicjanki prowadziły działalność edukacyjną. W tutejszej szkole powszechnej „przemycano” zakazane przedmioty: polską literaturę, historię i geografię. Zorganizowano szkołę gospodarstwa domowego. Pod jej szyldem ukryły się: tajne gimnazjum, liceum humanistyczne oraz komplety maturalne. Odwołując się do wspomnień: „(…) przez 3 godziny dziewczęta obierały ziemniaki na obiad dla kuchni. Instruktorka wyznaczała jedną z nas na lektorkę. (…) Instruktorka podsuwała nam: Sienkiewicza, Żeromskiego, Prusa, Zofię Kossak.  (…) Między zajęcia gospodarcze były wplatane przedmioty trudne, zakazane: łacina, historia geografia, język polski, matematyka, fizyka, chemia. (…) Czasem odwiedzały nas wizytacje. Władze oświatowe widząc nas w pracowni, pochylone nad maszynami do szycia, były zachwycone. Ani pomyśleli, że przed chwilą wyszedł od nas profesor od łaciny (…). W podziemiach klasztoru świętowano również patriotyczne rocznice. Funkcjonował tu młodzieżowy teatr. Wystawiono „Dziady”, „Balladynę” i „Wesele”.  W 1940 udzielono pomocy Januszowi Korczakowi, który w pobliskiej „Różyczce” starał się urządzić kolonie dla dzieci z prowadzonego przez siebie Domu Sierot. Z czasem coraz więcej żydowskich dzieci pojawiało się w przyklasztornym sierocińcu. Felicjanki wspierały też liczne inicjatywy Gminy Wawer. W dowód wdzięczności, w 1941 roku, wójt Stanisław Krupka przekazał zakonnicom ufundowany przez lokalną społeczność krucyfiks. Z kolei w 1943 roku odbyła się uroczystość mianowania patronem Wawra świętego Wawrzyńca. Okolicznościowy, pełen symboliki portret nowego patrona, wykonał malarz Wacław Piotrowski. Obraz był prezentowany w kruchcie klasztornego i zarazem parafialnego kościoła jeszcze przez dziesięciolecia.
W trudnych dniach powstania warszawskiego i walk radziecko-niemieckich o miejscowości gmin Falenica i Wawer (sierpień-wrzesień 1944), powtórzyła się sytuacja z roku 1939. Rzesze potrzebujących znalazły schronienie w klasztornych podziemiach. Uruchomiono powstańczy szpital. W listopadzie 1944 roku kościół, klasztor i ich okolice dostały się pod silny ostrzał artylerii niemieckiej. Matka Symplicyta musiała podjąć decyzję o wysadzeniu w powietrze 80-metrowej kościelnej wieży. Zadanie wykonali saperzy-kościuszkowcy. Udziałem przełożonej było jeszcze wiele innych, trudnych decyzji. Swoją niezłomną postawę przypłaciła swego czasu kilkutygodniowym pobytem (październik-grudzień 1942) w hitlerowskim więzieniu na Pawiaku. Po wojnie, jako obywatelka USA, stała się persona non grata dla władz komunistycznych.
Nowy pomnik, sam w sobie niezbyt imponujący, stanowi kolejny element lokalnej „infrastruktury pamięci” (jej głównym tworem była do tej pory grota Matki Bożej z Lourdes, spojona z fragmentów gruzu ze zburzonej w 1944 roku wieży i fragmentów łusek niemieckich pocisków artyleryjskich). 

Będzie przypominał o trudnych czasach, w których marysiński klasztor był duchowym centrum całego Wawra. Czy będzie to jednak przypomnienie skuteczne? Fakt ukrycia tablicy wewnątrz klasztornych murów rodzi w tej kwestii wątpliwości…


Fotografie pochodzą z różnych zasobów Intenetu, w tym ze strony www,felicjanki.waw.pl.

Wawer pamiętamy!

W grudniu 1939 roku niemieccy policjanci rozstrzelali w Nowym Wawrze stu sześciu Polaków (mówiąc precyzyjniej: obywateli państwa polskiego)....