poniedziałek, 31 października 2022

Duchowe centrum Wawra

  W Wawrze pojawił się kolejny pomnik! Jest to tablica upamiętniająca przełożoną warszawskiej prowincji Zgromadzenia Sióstr Świętego Feliksa z Kantalicjo (1938-1946), matkę Marię Symplicytę Nehring oraz siostry z tego zgromadzenia i ich wojenną postawę. Tablicę odsłonięto 24 kwietnia 2022 roku. Sfinansowało ją Oddziałowe Biuro Upamiętniania Walk i Męczeństwa Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie. Razem z felicjankami i dzielnicą Wawer, Biuro sfinansowało również wystawę plenerową „Wy macie być opoką dla przyszłości”. Ponadto leśna aleja, łącząca teren klasztoru z dzielnicą Wesoła, ponownie otrzymała nazwę Alei Matki Symplicyty.

Działalność felicjanek z lat 1939-1944 była po wielokroć wspominana, ale czy przypisujemy jej właściwą rangę i znaczenie? We wrześniu 1939 roku tłumy mieszkańców stolicy uciekały ze swojego miasta. Część z nich znalazła się na szosie lubelskiej. Idących uchodźców nękali niemieccy lotnicy. Panowało ogromne zamieszanie. Byli zabici i ranni. I wtedy bramy swego wybudowanego kilka lat przed wojną klasztoru na Glinkach (dzisiejszy Marysin Wawerski), otworzyły felicjanki. Każdego dnia w jego podziemiach znajdowało schronienie do 200 osób. Trzeba ich było nakarmić i zapewnić im nocleg. Siostry stanęły na wysokości zadania. W ich opowieściach z tych dni pojawia się „cud matki Symplicyty” - kiedy opustoszała już spiżarnia, przełożona poleciła ugotować zupę z resztek i osobiście stanęła do jej wydawania. Podobno wystarczyło dla wszystkich… Wobec rosnącej liczby rannych i poszkodowanych, palącą sprawą stało się stworzenie szpitala polowego. Prowizoryczny szpital powstał przy szosie lubelskiej. Matka Symplicyta oddelegowała do niego dziesięć sióstr. Drugi szpital felicjanki zorganizowały i prowadziły w klasztornej szopie. Pielęgnowały rannych cywilów i żołnierzy. Aby zapobiec katastrofie humanitarnej i panice, wzięły się, wspólnie z ochotnikami, za grzebanie zabitych i zmarłych.
Po zajęciu Wawra przez oddziały niemieckie, rozpoczęła się trudna okupacyjna codzienność. Wraz z nią pojawiły się też nowe wyzwania. Felicjanki prowadziły działalność edukacyjną. W tutejszej szkole powszechnej „przemycano” zakazane przedmioty: polską literaturę, historię i geografię. Zorganizowano szkołę gospodarstwa domowego. Pod jej szyldem ukryły się: tajne gimnazjum, liceum humanistyczne oraz komplety maturalne. Odwołując się do wspomnień: „(…) przez 3 godziny dziewczęta obierały ziemniaki na obiad dla kuchni. Instruktorka wyznaczała jedną z nas na lektorkę. (…) Instruktorka podsuwała nam: Sienkiewicza, Żeromskiego, Prusa, Zofię Kossak.  (…) Między zajęcia gospodarcze były wplatane przedmioty trudne, zakazane: łacina, historia geografia, język polski, matematyka, fizyka, chemia. (…) Czasem odwiedzały nas wizytacje. Władze oświatowe widząc nas w pracowni, pochylone nad maszynami do szycia, były zachwycone. Ani pomyśleli, że przed chwilą wyszedł od nas profesor od łaciny (…). W podziemiach klasztoru świętowano również patriotyczne rocznice. Funkcjonował tu młodzieżowy teatr. Wystawiono „Dziady”, „Balladynę” i „Wesele”.  W 1940 udzielono pomocy Januszowi Korczakowi, który w pobliskiej „Różyczce” starał się urządzić kolonie dla dzieci z prowadzonego przez siebie Domu Sierot. Z czasem coraz więcej żydowskich dzieci pojawiało się w przyklasztornym sierocińcu. Felicjanki wspierały też liczne inicjatywy Gminy Wawer. W dowód wdzięczności, w 1941 roku, wójt Stanisław Krupka przekazał zakonnicom ufundowany przez lokalną społeczność krucyfiks. Z kolei w 1943 roku odbyła się uroczystość mianowania patronem Wawra świętego Wawrzyńca. Okolicznościowy, pełen symboliki portret nowego patrona, wykonał malarz Wacław Piotrowski. Obraz był prezentowany w kruchcie klasztornego i zarazem parafialnego kościoła jeszcze przez dziesięciolecia.
W trudnych dniach powstania warszawskiego i walk radziecko-niemieckich o miejscowości gmin Falenica i Wawer (sierpień-wrzesień 1944), powtórzyła się sytuacja z roku 1939. Rzesze potrzebujących znalazły schronienie w klasztornych podziemiach. Uruchomiono powstańczy szpital. W listopadzie 1944 roku kościół, klasztor i ich okolice dostały się pod silny ostrzał artylerii niemieckiej. Matka Symplicyta musiała podjąć decyzję o wysadzeniu w powietrze 80-metrowej kościelnej wieży. Zadanie wykonali saperzy-kościuszkowcy. Udziałem przełożonej było jeszcze wiele innych, trudnych decyzji. Swoją niezłomną postawę przypłaciła swego czasu kilkutygodniowym pobytem (październik-grudzień 1942) w hitlerowskim więzieniu na Pawiaku. Po wojnie, jako obywatelka USA, stała się persona non grata dla władz komunistycznych.
Nowy pomnik, sam w sobie niezbyt imponujący, stanowi kolejny element lokalnej „infrastruktury pamięci” (jej głównym tworem była do tej pory grota Matki Bożej z Lourdes, spojona z fragmentów gruzu ze zburzonej w 1944 roku wieży i fragmentów łusek niemieckich pocisków artyleryjskich). 

Będzie przypominał o trudnych czasach, w których marysiński klasztor był duchowym centrum całego Wawra. Czy będzie to jednak przypomnienie skuteczne? Fakt ukrycia tablicy wewnątrz klasztornych murów rodzi w tej kwestii wątpliwości…


Fotografie pochodzą z różnych zasobów Intenetu, w tym ze strony www,felicjanki.waw.pl.

poniedziałek, 29 sierpnia 2022

Marsz jako żywy pomnik

 Cztery dekady temu Wiktor Kulerski napisał tekst pt. „Marsz”. Opowiada w nim o likwidacji getta w Rembertowie w dniu 20 sierpnia 1942 roku i przymusowym marszu większości jego mieszkańców. Niemcy poprowadzili ich przez wawerskie osiedla i falenickie letniska aż do miasteczka Falenica. W Falenicy Żydzi, a przynamniej ci z nich, którzy przetrwali upał, mordercze dla osób starszych i chorych tempo marszu oraz brutalność niemieckich żandarmów, zostali załadowani do bydlęcych wagonów i wywiezieni do miejsca zagłady w Treblince. Podobny los spotkał w tym samym czasie ludność żydowską z gett w Otwocku i Falenicy. 

Autor zebrał relacje polskich świadków marszu. Ukrył jednak w większości przypadków ich nazwiska. Stąd jego tekst ma rangę raczej eseju niż naukowego opracowania. Pisał jednak o wydarzeniach, o których już wcześniej było wiadomo. Potwierdzały je różne relacje. Wzmianka o marszu znalazła się choćby w pamiętniku mieszkańca Otwocka, Calela Perechodnika. Kulerski opisał marsz bardziej szczegółowo, wprowadzając czytelników w jego emocjonalny klimat: bezkarność sprawców, śmiertelny strach ofiar, przerażenie świadków.

Początek lat 80. nie sprzyjał przekazom historycznym, pozostającym w sprzeczności z dwiema dominującymi narracjami historycznymi. I ta oficjalna, i ta drugoobiegowa, obie utrwalały heroiczny obraz lat okupacji (chodziło oczywiście o heroizm Polaków), różniąc się jedynie rozłożeniem akcentów. Wiktor Kulerski nie mógł opublikować „Marszu” w obiegu oficjalnym. Próby umieszczenia go w niezależnym Kwartalniku Politycznym „Krytyka” napotkały opór grupy AK-owskich kombatantów. Ciężar decyzji o publikacji tekstu wziął na siebie Adam Michnik. Ukazał się on w 15 numerze „Krytyki” w roku 1983.

Nie powiodła się próba zorganizowania w roku 1977 oficjalnego marszu pamięci Żydów z Rembertowa. W roku 1984 trasą Rembertów-Falenica przeszedł marsz nielegalny. W niepodległej Polsce marsz organizują społecznicy i władze samorządowe. Odbywa się on raz na dekadę: 1992, 2002, 2012, 2022. Ten ostatni, dla mnie jest pierwszym. 

Tym razem idzie w nim około dwudziestu osób. Każde z nas ma inną wiedzę na temat wydarzeń, które wspominamy. Każde ma inną motywację. Nie to jest jednak najważniejsze. I nie jest najważniejsze to, że doświadczamy niektórych parametrów marszu sprzed  osiemdziesięciu lat (przełom drugiej i trzeciej dekady sierpnia, upał, niemalże identyczna trasa, ten sam kilometraż). Różnic jest przecież więcej. Panuje ogólna życzliwość. Nie jesteśmy poddani żadnej presji. Organizatorzy dbają o chwile odpoczynku w ocienionych miejscach (przy anińskiej filii WCK czekają na nas leżaki!) i co chwila proponują nam wodę. Nad naszym bezpieczeństwem czuwają ratownicy i funkcjonariusze. Po prostu: spacerujemy trasą właściwego marszu.

Co w takim razie jest ważne? Sednem przedsięwzięcia wydaje się być walka z niepamięcią. Moja rodzina mieszkała w 1942 roku przy ulicy Dębowej (dzisiejsza Kościuszkowców). Jeśli nawet 20 sierpnia nie było ich w domu, musieli wiedzieć o marszu. A jednak nie usłyszałem o nim w rodzinnych opowieściach. Doszło do wyparcia, zwyciężyła niepamięć. Wielu uważa, że najlepszą formą walki z niepamięcią jest budowanie pomników. Pomników mamy jednak dużo, również tych lokalnych. Płynący z nich przekaz, często wewnętrznie sprzeczny (poszczególne narracje rywalizują ze sobą), tworzy trudną w odbiorze  mieszankę i wprowadza do świadomości widzów chaos. Zresztą, jaka pomnikowa forma opowiedziałaby adekwatnie o wydarzeniach tamtego lata? Jedyny sensowny przykład, który przychodzi mi do głowy, to grupa przeznaczonych na śmierć dzieci z czeskiej wioski Lidice.

W tym przypadku to my, podczas czterogodzinnego z górą marszu, tworzymy żywy pomnik. Każde z nas doświadcza ruchu i angażuje się w temat nie tylko mentalnie, ale i fizycznie. Nasz wysiłek dedykujemy prawdziwym uczestnikom marszu. Jesteśmy również znakiem dla otoczenia. Ci, którzy nas widzą, muszą zadać sobie pytanie: „dokąd i po co ci ludzie idą?”. Oczywiście, odpowiedzi mogą być różne, również takie, które nie będą zgodne z naszymi intencjami. Ale czy wszyscy rozumieją w identyczny sposób pomniki? Znawcy funkcji pomników zwracają uwagę na to, że pomniki powinny materializować pamięć i stanowić  punkt odniesienia w przestrzeni. Obie te funkcje będą zrealizowane i w tym przypadku, o ile za dziesięć lat, znajdzie się ktoś, kto zorganizuje kolejny marsz…


Fotografie pochodzą z różnych zasobów Internetu.

















środa, 20 lipca 2022

Obieżyświat pomimo wszystko

Życie rzadko kiedy przebiega w zgodzie z naszymi wyobrażeniami. Tak też było z życiem Leona Frelaka. W roku 1972 miał 23 lata. Trenował pływanie. Pracował jako inspektor w Zjednoczeniu Przedsiębiorstw Budownictwa Komunalnego. Zakładam, że planował przyszłość, że miał jakieś ukryte marzenia. Skąd mógł wiedzieć, że jeden pechowy skok do wody (skakał do stawu w rodzinnym Halinowie) przekreśli wszystko, czym żył do tej pory?

Złamanie kręgosłupa w odcinku lędźwiowym, przerwanie rdzenia kręgowego, tetraplegia, paraliż 90% ciała. To brzmiało jak wyrok i było wyrokiem. Bardzo okrutnym. Ten wyrok oznaczał wielokrotne pobyty w szpitalach (przede wszystkim w konstancińskim „STOCERZE”) i wegetację w domach pomocy społecznej (w podwarszawskim Radzyminie i na Nowym Mieście w Warszawie).

Problem z Leonem polegał na tym, że on się z tym wyrokiem nie pogodził. Jego bunt przybrał postać ucieczki. Przede wszystkim ucieczki duchowej (życie wiarą). Tematem  wiary - z braku kompetencji - się nie zajmę. Leon uciekał również w sensie dosłownym. Jako jeden z pierwszych w Polsce, został posiadaczem wózka z napędem elektrycznym. Zawdzięczał to uporowi, obrotności i pomocy dobrych ludzi. 

Wózek elektryczny pozwolił mu uciekać od codziennych konieczności. Zdobywać nowe przestrzenie. Początkowo ograniczał się do spacerów po najbliższych okolicach radzymińskiego DPS-u, odbywanych w asyście kogoś z rodziny lub przyjaciół. Z czasem, gdy zamieszkał w DPS-ie przy ulicy Wójtowskiej w Warszawie, spacery stawały się coraz dłuższe. Coraz rzadziej korzystał z asysty. Nowoczesna technologia pozwalała mu kierować swoim pojazdem przy użyciu tylko jednej, częściowo sprawnej dłoni. A był urodzonym kierowcą. Nie da się powiedzieć, że jeździł bezpiecznie: korzystał z jezdni, pozwalał sobie na spore prędkości, nie używał kasku ani innych zabezpieczeń. Nie miał zaplecza technicznego. Sporo ryzykował.

Objechał wszystkie warszawskie dzielnice i wszystkie peryferie stolicy. Wyjazdy wakacyjne również wykorzystywał do krajoznawczych wędrówek. Wszędzie było go pełno. 





W szczególny sposób interesował się uroczystościami patriotycznymi. Fascynowały go miejsca „z przeszłością” i pomniki. Lubił też „ogarniać” nowoczesność. Jednym z jego „koników”  była inżynieria. 



 





Dobrze zorientowany w historii Polski, poszukiwał jej lokalnych reprezentacji. Komunikatywny, umiał pociągnąć miejscowych „za język”. Dzięki tym rozmowom, dysponował coraz większą wiedzą. Z czasem pamięć, tradycja i historia stały się jego prawdziwą pasją. Potrafił interesująco o nich opowiadać.

Bardzo ciężko zniósł pandemię. Nie dlatego, żeby obawiał się o siebie. Uwięziony przez długie miesiące w czterech ścianach DPS-owego pokoiku, nie umiał przestać myśleć o swoich wyprawach. Bardzo go to przygnębiło i nadwyrężyło jego zdrowie. Zmarł 9 lipca 2022 roku.

Leon Frelak. Homo ambulans. Obieżyświat pomimo wszystko.


Fotografie pochodzą z profilu fb Leona Frelaka.


niedziela, 3 kwietnia 2022

20 sierpnia 1942 roku. Marsz i bieg.


Tablica zlokalizowana jest po wschodniej stronie ulicy Michała Kajki (Wawer), nieco na południe od wylotu VIII Poprzecznej. Jest to tak zwana tablica Tchorka (chodzi o artystyczny wzór miejsc pamięci walk i męczeństwa z czasów II wojny światowej, zaproponowany przez rzeźbiarza Karola Tchorka w 1949 roku). Tablica upamiętnia 45 Żydów (mężczyzn i kobiet), zabitych przez Niemców 20 sierpnia 1942 roku. W tym dniu Niemcy zmusili do morderczego marszu (13 kilometrów w piekącym słońcu) liczącą ponad tysiąc osób grupę mieszkańców likwidowanego właśnie rembertowskiego getta. W Falenicy mieli oni trafić do transportów zmierzających do obozu zagłady w Treblince. Według relacji świadków, gdy kolumna dochodziła do stacji kolejowej w Aninie, nastąpiła próba ucieczki. Uciekinierów, biegnących w kierunku położonego po wschodniej stronie Kajki (wówczas: Królewska) lasu, dosięgły serie niemieckiego karabinu maszynowego. Ich zwłoki zakopano na skraju wspomnianego lasu. Po wojnie ekshumowano je i przeniesiono na Cmentarz Żydowski w Warszawie. Jest możliwe, że ofiar było więcej.

Z nieznanych mi powodów (urzędnicza ignorancja?) tablica myli datę i okoliczności śmierci ofiar. Napis brzmi: „Cześć ich pamięci. Tu w lipcu 1942 roku hitlerowcy rozstrzelali 45 Żydów”. Istnieją jeszcze dwie tablice, wykonane również według projektu Tchorka, upamiętniające zabitych bądź zmarłych uczestników marszu. Pierwszą odnajdziemy przy ulicy Markietanki róg Cyrulików (Rembertów), drugą przy ulicy Okuniewskiej (Wesoła).

Relacje świadków marszu zebrał swego czasu Wiktor Kulerski. Tekst jego autorstwa opublikowano w drugoobiegowym Kwartalniku Politycznym „Krytyka” (nr 15 z 1983 roku). Potem znalazł się on w zbiorku tekstów Kulerskiego, wydanym w 1991 roku („Bez tytułu”, s.217-230). Obie publikacje miały niski nakład i były trudno dostępne. Dopiero w roku 2007, decyzja wawerskiego Wydziału Kultury o zamieszczeniu tekstu w pracy zbiorowej „Wawer i jego osiedla” (s.261-282), umożliwiła zapoznanie się z nim szerszej publiczności.

Podjętą w 1977 roku próbę zorganizowania marszu pamięci na trasie Rembertów-Falenica, zablokowały komunistyczne władze. Nielegalny marsz odbył się w 1984 roku. W wolnej Polsce marsze pamięci przeszły tę trasę dwukrotnie, w roku 1992 i 2012. Za każdym razem spotkały się (podobnie jak wspomniane publikacje) ze sprzeciwem części decydentów i lokalnej społeczności.

W roku 2014 opublikowałem zbiorek krótkich tekstów „Wokół Anina”. Znalazł się w nim również tekst, który przytaczam poniżej w całości.


***

Dość często zdarza mi się biegać VIII Poprzeczną. Biegać to dużo powiedziane: zdarza mi się truchtać VIII Poprzeczną. Chyba i to stwierdzenie jest przesadą. Zdarza mi się dreptać VIII Poprzeczną. 

VIII Poprzeczna jest krótką, ale ważną ulicą: łączy anińską stację PKP z ulicą Kajki. Wiele lat temu pokryto ją asfaltem, z dzieciństwa pamiętam ją jednak jako nieutwardzoną, niemalże piaszczystą drogę. Ma niewiele ponad trzysta metrów. Ciekawe ile czasu potrzebowałby na przebiegnięcie tego dystansu Harold Maurice Abrahams? Myślę, że zmieściłby się w czterdziestu sekundach. Przecież podczas paryskiej olimpiady w 1924 przebiegł 100 metrów w 10,6 sekundy!

Abrahams próbował już swych sił cztery lata wcześniej, w Antwerpii. Nie osiągnął jednak większych sukcesów. Co innego w Paryżu: tu zdobył złoty medal na 100 metrów, srebrny w sztafecie 4x100, a w biegu na 200 metrów był szósty. Co sprawiło, że z przeciętnego sportowca przeobraził się w sportowca wybitnego? Wiadomo, że morderczo trenował. Z filmu Hugh’a Hudsona „Rydwany ognia” można wywnioskować, że osiągnięcia sportowe były dla niego formą walki z dyskryminacją Żydów. Biografowie Abrahamsa utrzymują z kolei, że ten ambitny student prawa z Cambridge chciał dorównać starszemu bratu, którzy miał już na swym koncie olimpijski medal. W Internecie można znaleźć filmiki, które pokazują styl Abrahamsa: biegał pochylony do przodu kręcąc nogami młynka, zupełnie jak strusie. Na finiszu wychylał się w kierunku taśmy znacznie mocniej niż rywale. Bardzo chciał wygrywać. 

W ogóle od pierwszych dekad XX wieku sport odgrywał w życiu młodych Żydów coraz istotniejszą rolę. Jeszcze podczas II Kongresu Syjonistycznego (1898) Max Nordau zachęcał młodzież do jego uprawiania. Marzył o „muskularnym syjonizmie”. Znaczenie sportu podkreślał też rabin Abraham Kook.  Zdrowe ciało - twierdził - może zapewnić również zdrowie duszy. W 1903 r. Alfred Flatow (atleta, medalista z Aten) założył w Niemczech Judische Turnerschaft. Judische Turnerschaft była pierwowzorem dla powstałych później żydowskich organizacji sportowych, takich jak chociażby Maccabi i Hapoel. Działały one także w międzywojennej Polsce. Rywalizujące ze sobą oddziały Hapoel istniały w Otwocku i Falenicy. Otwocki Hapoel słynął w latach 30. ze świetnej sekcji piłki nożnej. W Falenicy rozwinęły się boks i lekka atletyka.

A co z Rembertowem? Czy byli tam jacyś wysportowani Żydzi? Nie wiem. 20 sierpnia 1942 roku zmuszono Żydów z Rembertowa do morderczego marszu w kierunku Falenicy. Stamtąd mieli trafić do Treblinki. Kiedy jednak znaleźli się na VIII Poprzecznej, część z nich (myślę, że byli to ludzie młodzi) wskrzesiła w sobie sportowego ducha. W zapisanej przez Wiktora Kulerskiego relacji świadka tych wydarzeń czytamy:

 

„Od stacji w obłoku kurzu gnała na oślep gromada ludzi w rozwianych chałatach. Co chwila któryś koziołkował i rył twarzą w piachu wznosząc tuman pyłu. Zanim się spostrzegłem, kilku przebiegło obok mnie pędząc do lasu za Królewską (ówczesna nazwa ulicy Kajki – przyp. J.C.)”. I dalej: „(…) Później mówiono, że zabitymi byli Żydzi, próbujący zbiec z dużego transportu prowadzonego przez Niemców. Zanim zdołali sięgnąć lasu – zostali wystrzelani z karabinu maszynowego ustawionego przy torach. Niemcy bili z niego wzdłuż VIII Poprzecznej (…)”.

 (Wiktor Kulerski, Marsz (20 VIII 1942), Wawer i jego osiedla, praca zbior., Warszawa 2007, s.268)

Poznałem tę relację kilkanaście lat temu. Od tego czasu sporo myślę o tamtych biegnących Żydach. Czy mieli jakąś szansę? A gdyby biegali tak, jak Harold Maurice Abrahams?

Jakie jednak prawo ma do takich rozważań człowiek, który potrzebuje na przebiegnięcie VIII Poprzecznej trzech minut?


Fotografie pochodzą z różnych zasobów Internetu.




 

środa, 2 lutego 2022

Co pamięta "Helenów"?

Przedmiotem refleksji chciałbym uczynić w tym poście przestrzeń Centrum Rehabilitacji, Edukacji i Opieki TPD „Helenów” oraz rozmieszczone w niej pomniki historyczne. Centrum działa w Warszawie przy ulicy Hafciarskiej 80/86 (dzielnica Wawer, osiedle Międzylesie). Teren „Helenowa” jest otwarty dla osób z zewnątrz. Traktuje się go jak park z atrakcjami. Można tu spacerować, zwiedzić mini-zoo, skorzystać z oferty jazdy konnej, z placu zabaw czy z plenerowej siłowni. Dla rodzin z małymi dziećmi - jak znalazł. W   „Helenowie” można też  zobaczyć trzy pomniki:

- pomnik Heleny Dłuskiej, zlokalizowany nad stawem, na południe od budynku Ośrodka Szkolno-Wychowawczo-Rewalidacyjnego i Internatu (obiekt 6 na planie),

- pomnik Tomasza Arciszewskiego, ustawiony przy najkrótszej, wschodniej ścianie wspomnianego budynku (obiekt 6 na planie), frontem do budynku Pracowni Profilaktyki i Wspomagania Rozwoju (obiekt 5 na planie)

- pomnik Józefa Piłsudskiego, położony na południe od budynku Pracowni Profilaktyki i Wspomagania Rozwoju (obiekt 5 na planie).

Żaden z tych monumentów nie znalazł się tu przypadkiem.

Pierwszy z nich przypomina o rodzinie Dłuskich. Kazimierz Dłuski (1855-1830) był działaczem politycznym i społecznym. Związał się z ruchem socjalistycznym. Publikował w „Równości”. Współtworzył Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe. Oddelegowano go do udziału w konferencji wersalskiej. Jako lekarz ftyzjatra (studia odbył w Paryżu) angażował się w inicjatywy antygruźlicze. Ok. 1890 r., podczas pobytu na emigracji, ożenił się z Bronisławą Skłodowską (1865-1939). Bronisława również studiowała w Paryżu medycynę. Była starszą siostrą późniejszej noblistki, Marii Skłodowskiej. Po powrocie do kraju w 1902 roku, Dłuscy uruchomili w Zakopanem sanatorium dla gruźlików. W drugiej połowie lat 20. stworzyli prewentorium przeciwgruźlicze w podwarszawskim Aninie, przy ówczesnej ulicy Królewskiej (dziś: Michała Kajki). Istniało ono do 1930 roku. Później Bronisława zaangażowała się na prośbę siostry w budowę  i organizację warszawskiego Instytutu. Została pierwszą jego dyrektorką.

W 1892 roku, jeszcze w Paryżu, Dłuskim urodziła się córka Helena. Znaczną część dzieciństwa Helena spędziła w Zakopanem. Była zapaloną taterniczką. W 1909 roku uległa wypadkowi na Kominach Strążyskich. Okaleczona w jego wyniku, mogła uprawiać w Tatrach już tylko turystykę. Walczyła o ochronę tatrzańskiej przyrody. W 1920 wyemigrowała do Chicago. Tam w 1921 r. popełniła samobójstwo.

W roku 1922 Kazimierz i Bronisława Dłuscy przekazali Robotniczemu Wydziałowi Wychowania Dziecka i Opieki nad Nim położoną w podwarszawskim Kaczym Dole działkę  wraz z nieruchomościami, położoną na przedłużeniu Alei Wilanowskiej (dzisiejsza ulica Czatów), z przeznaczeniem na placówkę opiekuńczą. Ofiarodawcy chcieli w ten sposób uczcić pamięć tragicznie zmarłej córki. Życzyli sobie, żeby wspomniany dom nosił imię Heleny Dłuskiej. Z czasem utrwaliła się jednak nazwa „Helenów”.

Współczesnemu pomnikowi Heleny Dłuskiej nadano postać dziewczynki. Tę postać ustawiono na kamieniu, pełniącym zarazem rolę cokołu. Napis na kamieniu głosi:


Helena Dłuska

1892-1921

Patronka „Helenowa”

 

córka Kazimierza i Bronisławy,

siostrzenica Marii Skłodowskiej-Curie.

 

Rodzice  - dla uczczenia pamięci

przedwcześnie zmarłej, jedynej córki, przekazali

Towarzystwu swą posiadłość z przeznaczeniem

na placówkę dla dzieci. Życzeniem rodziców było,

aby placówka nosiła imię ich córki - Heleny.


Dłuscy przyjaźnili się z Tomaszem Arciszewskim, wieloletnim działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej, przyjacielem Józefa Piłsudskiego, uczestnikiem słynnej akcji pod Bezdanami. Arciszewski pełnił funkcję ministra w rządach Ignacego Daszyńskiego i Jędrzeja Moraczewskiego, później był posłem na sejm RP I, II i III kadencji. Był też zaangażowanym społecznikiem, przewodniczącym wspomnianego Robotniczego Wydziału Wychowania Dziecka i Opieki nad Nim. Jako gorący zwolennik idei tworzenia domów dla osieroconych dzieci, zaproponował stworzenie takiego domu w Kaczym Dole. Został jego organizatorem i pierwszym kierownikiem. Tę funkcję pełnił do wybuchu II wojny światowej. Pracował z wielkim zaangażowaniem, zyskał sobie szacunek współpracowników i miłość podopiecznych.

Przyszły premier rządu uchodźstwie otworzył się na nowe nurty w myśleniu o edukacji, wychowaniu i zdrowiu publicznym. W latach 1922-1924 do „Helenowa” trafiły dzieci „osierocone przez ojców i matki, dawnych uczestników walk i bojów o niepodległość i wyzwolenie proletariatu”. Twórcy i pracownicy placówki zadbali o serdeczną, wręcz rodzinną atmosferę. Zastosowano nowatorski program wychowawczy (silnie rozbudowany samorząd z Sejmem, Senatem i sądami koleżeńskimi, system dyżurów, prace w gospodarstwie rolnym, kooperatywa, kółka zainteresowań). Jednorazowo przebywało w „Helenowie” około 80. dzieci.

W roku 1924 w „Helenowie” odbyły się pierwsze kolonie letnie. Przeznaczone były dla podopiecznych placówek prowadzonych przez RWWDiOnN. W kolejnych latach kontynuowano tę inicjatywę. Był to dla dzieci prawdziwy raj: przebywały na świeżym powietrzu, wyżywienie było dostosowane do ich potrzeb zdrowotnych, miały zapewnioną opiekę lekarską. Każde dziecko wnikliwie badano i ustalano dla niego indywidualny program zdrowotny. Co roku z kolonii korzystało około czterech setek dzieci. „Helenów” okazał się strzałem w dziesiątkę.

Tomaszowi Arciszewskiemu poświęcony jest drugi helenowski pomnik. Ma on formę popiersia ustawionego na cokole. Na cokole umieszczono napis:

 

TOMASZ ARCISZEWSKI

1877-1955

Założyciel Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci,

jego I prezes w latach 1929-1944.

Poseł na Sejm II Rzeczpospolitej Polskiej.

Premier Rządu Emigracyjnego Rzeczpospolitej

Polskiej w Londynie w latach 1944-1947.

Inicjator powstania zakładu wychowawczego

dla dzieci biednych imienia

Heleny Dłuskiej „Helenów” i jego kierownik do 1939 r.

 

22 czerwca 2001 r.   

 

Druga inskrypcja została umieszczona na popiersiu:

 

Tomasz Arciszewski

Minister Poczt i Telegrafów

18 XI 1918-17 I 1919

 

Trzeci pomnik to pomnik Józefa Piłsudskiego. Tworzą go dwa umieszczone o bok siebie kamienie. W tym przypadku „opowieść pomnika” jest tak obszerna, że tłumaczenie kontekstu staje się zbędne. Oto treść napisu na kamieniu prawym:

 

JÓZEF PIŁSUDSKI

1867-1935

NACZELNY WÓDZ I NACZELNIK PAŃSTWA.

PIERWSZY MARSZAŁEK PAŃSTWA.

PREMIER RZĄDU POLSKIEGO

 

I wreszcie obszerne napisy na kamieniu lewym. Napis górny to fragment wypowiedzi Mieczysławy Śniegockiej, podopiecznej „Helenowa”, zamieszczonej w kronice helenowskich placówek opiekuńczych):


…Józef Piłsudski był szczerym przyjacielem
dzieci z Helenowa. Od imienia pierwszego Prezesa
Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci
Tomasza Arciszewskiego nazywał je „dziećmi Tomasza”,
a one nazywały go „Dziadkiem”. Miały wstęp do Belwederu
o każdej porze. Podczas spotkań z Marszałkiem
mogły przymierzyć Jego czapkę maciejówkę,
a z okazji Jego imienin wystąpić w Teatrze Wielkim…

 

Napis środkowy tworzy „przepisany” fragment artykułu Ryszarda Klonowskiego „Zwrot zaczepny”, zamieszczonego w lokalnym piśmie „Między Nami Aninianinami”, (kwiecień 2002):


…to tutaj Józef Piłsudski spędził jedną z ostatnich nocy
przed decydującą rozgrywką z bolszewikami roku 1920.
Być może właśnie tu, korzystając z wytchnienia
u swych przyjaciół Państwa Dłuskich,
powziął zamysł zwrotu zaczepnego,
który przesądził o losach wojny.


Napis dolny to kolejny fragment wspomnianego artykułu:


Przechodniu obojętny, zbłąkany na polach historii Helenowa,
kwater poległych Radzymina, Ossowa, Powązek Wojskowych,
zajrzyj w oczy tym, których młode twarze na zdjęciach nagrobnych
zamglił już czas i zastanów się, który sam żyjesz w jego otchłani,
ile oszczędził i darował ci los - dzięki nim! 

 

Zapewne inskrypcja ta może być uznana za propozycję „ocieplenia” wizerunku Józefa Piłsudskiego. Trudno jednak uwolnić się od myśli, że stoi się w miejscu, w którym decydowały się być może losy Polski i Europy: według biografów marszałek Polski spędził kilka trudnych dni z początku sierpnia (od 2 do 5?) 1920 roku w „rezydencji z ogrodem położonej w Aninie”; wiele wskazuje jednak na to, że chodziło o dom Kazimierza Dłuskiego i Bronisławy Skłodowskiej-Dłuskiej w Kaczym Dole. Może być tak, że to tu Piłsudski dokonał wyboru właściwej koncepcji odparcia ofensywy bolszewickiej.

Co zawdzięczamy helenowskim pomnikom? Poznajemy dzięki nim dylematy i dramatyczne koleje losu zaangażowanej społecznie rodziny inteligenckiej z przełomu XIX i XX wieku. Dowiadujemy się, skąd wzięła się nazwa „Helenów”. Możemy też zdać sobie sprawę, że znane nam z podręczników postacie brały udział nie tylko w pierwszoplanowych wydarzeniach, ale również w lokalnych inicjatywach (była już mowa o Piłsudskim i Arciszewskim, warto wspomnieć, że w roku 1932 gościła w „Helenowie” Maria Skłodowska-Curie; aż dziw, że to wydarzenie nie zmaterializowało się w postaci kolejnego pomnika). Otrzymujemy szansę prześledzenia powiązań między programem Polskiej Partii Socjalistycznej a postawami społecznymi jej działaczy (przykłady różnego „kalibru”: Piłsudski, Arciszewski, Dłuski). Widzimy jak na dłoni, jakie praktyczne zastosowania mogły znaleźć wartości „antropologiczne” istotne dla kręgu socjalistów niepodległościowych (równość, sprawiedliwość społeczna, humanizm, godność osoby ludzkiej, wrażliwość na krzywdę). Jest to godne przypomnienia tym bardziej, że ten obóz polityczny i jego system wartości ulega w ostatnich dekadach zapomnieniu. Tymczasem świadomość, że działalność polityczna i wysokie miejsce w hierarchii społecznej wiąże się z odpowiedzialnością za ludzi plasujących się na niższych szczeblach tej hierarchii, jest w naszych czasach na wagę złota.


 

Korzystałem z różnych zasobów Internetu. Przede wszystkim ze strony internetowej http://www.helenow.pl.

Wawer pamiętamy!

W grudniu 1939 roku niemieccy policjanci rozstrzelali w Nowym Wawrze stu sześciu Polaków (mówiąc precyzyjniej: obywateli państwa polskiego)....