Fotografie pochodzą z różnych zasobów Intenetu, w tym ze strony www,felicjanki.waw.pl.
Fotografie pochodzą z różnych zasobów Intenetu, w tym ze strony www,felicjanki.waw.pl.
Cztery dekady temu
Wiktor Kulerski napisał tekst pt. „Marsz”. Opowiada w nim o likwidacji getta w
Rembertowie w dniu 20 sierpnia 1942 roku i przymusowym marszu większości jego
mieszkańców. Niemcy poprowadzili ich przez wawerskie osiedla i falenickie
letniska aż do miasteczka Falenica. W Falenicy Żydzi, a przynamniej ci z nich,
którzy przetrwali upał, mordercze dla osób starszych i chorych tempo marszu oraz
brutalność niemieckich żandarmów, zostali załadowani do bydlęcych wagonów i
wywiezieni do miejsca zagłady w Treblince. Podobny los spotkał w tym samym
czasie ludność żydowską z gett w Otwocku i Falenicy.
Autor
zebrał relacje polskich świadków marszu. Ukrył jednak w większości przypadków
ich nazwiska. Stąd jego tekst ma rangę raczej eseju niż naukowego opracowania.
Pisał jednak o wydarzeniach, o których już wcześniej było wiadomo. Potwierdzały
je różne relacje. Wzmianka o marszu znalazła się choćby w pamiętniku mieszkańca
Otwocka, Calela Perechodnika. Kulerski opisał marsz bardziej szczegółowo,
wprowadzając czytelników w jego emocjonalny klimat: bezkarność sprawców,
śmiertelny strach ofiar, przerażenie świadków.
Początek
lat 80. nie sprzyjał przekazom historycznym, pozostającym w sprzeczności z
dwiema dominującymi narracjami historycznymi. I ta oficjalna, i ta
drugoobiegowa, obie utrwalały heroiczny obraz lat okupacji (chodziło oczywiście
o heroizm Polaków), różniąc się jedynie rozłożeniem akcentów. Wiktor Kulerski
nie mógł opublikować „Marszu” w obiegu oficjalnym. Próby umieszczenia go w
niezależnym Kwartalniku Politycznym „Krytyka” napotkały opór grupy AK-owskich
kombatantów. Ciężar decyzji o publikacji tekstu wziął na siebie Adam Michnik. Ukazał
się on w 15 numerze „Krytyki” w roku 1983.
Nie powiodła się próba zorganizowania w roku 1977 oficjalnego marszu pamięci Żydów z Rembertowa. W roku 1984 trasą Rembertów-Falenica przeszedł marsz nielegalny. W niepodległej Polsce marsz organizują społecznicy i władze samorządowe. Odbywa się on raz na dekadę: 1992, 2002, 2012, 2022. Ten ostatni, dla mnie jest pierwszym.
Tym
razem idzie w nim około dwudziestu osób. Każde z nas ma inną wiedzę na temat
wydarzeń, które wspominamy. Każde ma inną motywację. Nie to jest jednak
najważniejsze. I nie jest najważniejsze to, że doświadczamy niektórych
parametrów marszu sprzed osiemdziesięciu
lat (przełom drugiej i trzeciej dekady sierpnia, upał, niemalże identyczna
trasa, ten sam kilometraż). Różnic jest przecież więcej. Panuje ogólna
życzliwość. Nie jesteśmy poddani żadnej presji. Organizatorzy dbają o chwile
odpoczynku w ocienionych miejscach (przy anińskiej filii WCK czekają na nas
leżaki!) i co chwila proponują nam wodę. Nad naszym bezpieczeństwem czuwają
ratownicy i funkcjonariusze. Po prostu: spacerujemy trasą właściwego marszu.
Co
w takim razie jest ważne? Sednem przedsięwzięcia wydaje się być walka z
niepamięcią. Moja rodzina mieszkała w 1942 roku przy ulicy Dębowej (dzisiejsza
Kościuszkowców). Jeśli nawet 20 sierpnia nie było ich w domu, musieli wiedzieć
o marszu. A jednak nie usłyszałem o nim w rodzinnych opowieściach. Doszło do
wyparcia, zwyciężyła niepamięć. Wielu uważa, że najlepszą formą walki z
niepamięcią jest budowanie pomników. Pomników mamy jednak dużo, również tych
lokalnych. Płynący z nich przekaz, często wewnętrznie sprzeczny (poszczególne
narracje rywalizują ze sobą), tworzy trudną w odbiorze mieszankę i wprowadza do świadomości widzów
chaos. Zresztą, jaka pomnikowa forma opowiedziałaby adekwatnie o wydarzeniach
tamtego lata? Jedyny sensowny przykład, który przychodzi mi do głowy, to grupa
przeznaczonych na śmierć dzieci z czeskiej wioski Lidice.
W
tym przypadku to my, podczas czterogodzinnego z górą marszu, tworzymy żywy
pomnik. Każde z nas doświadcza ruchu i angażuje się w temat nie tylko
mentalnie, ale i fizycznie. Nasz wysiłek dedykujemy prawdziwym uczestnikom
marszu. Jesteśmy również znakiem dla otoczenia. Ci, którzy nas widzą, muszą
zadać sobie pytanie: „dokąd i po co ci ludzie idą?”. Oczywiście, odpowiedzi
mogą być różne, również takie, które nie będą zgodne z naszymi intencjami. Ale
czy wszyscy rozumieją w identyczny sposób pomniki? Znawcy funkcji pomników zwracają
uwagę na to, że pomniki powinny materializować pamięć i stanowić punkt odniesienia w przestrzeni. Obie te
funkcje będą zrealizowane i w tym przypadku, o ile za dziesięć lat, znajdzie
się ktoś, kto zorganizuje kolejny marsz…
Życie
rzadko kiedy przebiega w zgodzie z naszymi wyobrażeniami. Tak też było z życiem
Leona Frelaka. W roku 1972 miał 23 lata. Trenował pływanie. Pracował jako
inspektor w Zjednoczeniu Przedsiębiorstw Budownictwa Komunalnego. Zakładam, że
planował przyszłość, że miał jakieś ukryte marzenia. Skąd mógł wiedzieć, że
jeden pechowy skok do wody (skakał do stawu w rodzinnym Halinowie) przekreśli
wszystko, czym żył do tej pory?
Złamanie
kręgosłupa w odcinku lędźwiowym, przerwanie rdzenia kręgowego, tetraplegia,
paraliż 90% ciała. To brzmiało jak wyrok i było wyrokiem. Bardzo okrutnym. Ten
wyrok oznaczał wielokrotne pobyty w szpitalach (przede wszystkim w
konstancińskim „STOCERZE”) i wegetację w domach pomocy społecznej (w
podwarszawskim Radzyminie i na Nowym Mieście w Warszawie).
Problem z Leonem polegał na tym, że on się z tym wyrokiem nie pogodził. Jego bunt przybrał postać ucieczki. Przede wszystkim ucieczki duchowej (życie wiarą). Tematem wiary - z braku kompetencji - się nie zajmę. Leon uciekał również w sensie dosłownym. Jako jeden z pierwszych w Polsce, został posiadaczem wózka z napędem elektrycznym. Zawdzięczał to uporowi, obrotności i pomocy dobrych ludzi.
Wózek elektryczny pozwolił mu
uciekać od codziennych konieczności. Zdobywać nowe przestrzenie. Początkowo
ograniczał się do spacerów po najbliższych okolicach radzymińskiego DPS-u,
odbywanych w asyście kogoś z rodziny lub przyjaciół. Z czasem, gdy zamieszkał w
DPS-ie przy ulicy Wójtowskiej w Warszawie, spacery stawały się coraz dłuższe.
Coraz rzadziej korzystał z asysty. Nowoczesna technologia pozwalała mu kierować
swoim pojazdem przy użyciu tylko jednej, częściowo sprawnej dłoni. A był
urodzonym kierowcą. Nie da się powiedzieć, że jeździł bezpiecznie: korzystał z
jezdni, pozwalał sobie na spore prędkości, nie używał kasku ani innych
zabezpieczeń. Nie miał zaplecza technicznego. Sporo ryzykował.
Objechał wszystkie warszawskie dzielnice i wszystkie peryferie stolicy. Wyjazdy wakacyjne również wykorzystywał do krajoznawczych wędrówek. Wszędzie było go pełno.
W szczególny sposób interesował się uroczystościami patriotycznymi. Fascynowały go miejsca „z przeszłością” i pomniki. Lubił też „ogarniać” nowoczesność. Jednym z jego „koników” była inżynieria.
Dobrze zorientowany w
historii Polski, poszukiwał jej lokalnych reprezentacji. Komunikatywny, umiał
pociągnąć miejscowych „za język”. Dzięki tym rozmowom, dysponował coraz większą
wiedzą. Z czasem pamięć, tradycja i historia stały się jego prawdziwą pasją.
Potrafił interesująco o nich opowiadać.
Bardzo
ciężko zniósł pandemię. Nie dlatego, żeby obawiał się o siebie. Uwięziony przez
długie miesiące w czterech ścianach DPS-owego pokoiku, nie umiał przestać
myśleć o swoich wyprawach. Bardzo go to przygnębiło i nadwyrężyło jego zdrowie. Zmarł 9 lipca 2022 roku.
Leon
Frelak. Homo ambulans. Obieżyświat pomimo wszystko.
Tablica zlokalizowana jest po wschodniej
stronie ulicy Michała Kajki (Wawer), nieco na południe od wylotu VIII
Poprzecznej. Jest to tak zwana tablica Tchorka (chodzi o artystyczny wzór
miejsc pamięci walk i męczeństwa z czasów II wojny światowej, zaproponowany przez
rzeźbiarza Karola Tchorka w 1949 roku). Tablica upamiętnia 45 Żydów (mężczyzn i
kobiet), zabitych przez Niemców 20 sierpnia 1942 roku. W tym dniu Niemcy
zmusili do morderczego marszu (13 kilometrów w piekącym słońcu) liczącą ponad
tysiąc osób grupę mieszkańców likwidowanego właśnie rembertowskiego getta. W
Falenicy mieli oni trafić do transportów zmierzających do obozu zagłady w
Treblince. Według relacji świadków, gdy kolumna dochodziła do stacji kolejowej
w Aninie, nastąpiła próba ucieczki. Uciekinierów, biegnących w kierunku położonego
po wschodniej stronie Kajki (wówczas: Królewska) lasu, dosięgły serie
niemieckiego karabinu maszynowego. Ich zwłoki zakopano na skraju wspomnianego lasu. Po wojnie ekshumowano je i przeniesiono na Cmentarz Żydowski w Warszawie.
Jest możliwe, że ofiar było więcej.
Z nieznanych mi powodów (urzędnicza
ignorancja?) tablica myli datę i okoliczności śmierci ofiar. Napis brzmi: „Cześć
ich pamięci. Tu w lipcu 1942 roku hitlerowcy rozstrzelali 45 Żydów”. Istnieją jeszcze dwie tablice, wykonane również według projektu
Tchorka, upamiętniające zabitych bądź zmarłych uczestników marszu. Pierwszą
odnajdziemy przy ulicy Markietanki róg Cyrulików (Rembertów), drugą przy ulicy
Okuniewskiej (Wesoła).
Relacje świadków marszu zebrał swego czasu Wiktor Kulerski.
Tekst jego autorstwa opublikowano w drugoobiegowym Kwartalniku Politycznym „Krytyka”
(nr 15 z 1983 roku). Potem znalazł się on w zbiorku tekstów Kulerskiego,
wydanym w 1991 roku („Bez tytułu”, s.217-230). Obie publikacje miały niski
nakład i były trudno dostępne. Dopiero w roku 2007, decyzja wawerskiego Wydziału
Kultury o zamieszczeniu tekstu w pracy zbiorowej „Wawer i jego osiedla”
(s.261-282), umożliwiła zapoznanie się z nim szerszej publiczności.
Podjętą w 1977 roku próbę zorganizowania marszu pamięci na
trasie Rembertów-Falenica, zablokowały komunistyczne władze. Nielegalny marsz
odbył się w 1984 roku. W wolnej Polsce marsze pamięci przeszły tę trasę
dwukrotnie, w roku 1992 i 2012. Za każdym razem spotkały się (podobnie jak
wspomniane publikacje) ze sprzeciwem części decydentów i lokalnej społeczności.
W roku 2014 opublikowałem zbiorek krótkich tekstów „Wokół Anina”. Znalazł się w nim również tekst, który przytaczam poniżej w całości.
***
Dość często zdarza mi się biegać
VIII Poprzeczną. Biegać to dużo powiedziane: zdarza mi się truchtać VIII
Poprzeczną. Chyba i to stwierdzenie jest przesadą. Zdarza mi się dreptać VIII
Poprzeczną.
VIII Poprzeczna jest krótką, ale
ważną ulicą: łączy anińską stację PKP z ulicą Kajki. Wiele lat temu pokryto ją
asfaltem, z dzieciństwa pamiętam ją jednak jako nieutwardzoną, niemalże
piaszczystą drogę. Ma niewiele ponad trzysta metrów. Ciekawe ile czasu
potrzebowałby na przebiegnięcie tego dystansu Harold Maurice Abrahams? Myślę,
że zmieściłby się w czterdziestu sekundach. Przecież podczas paryskiej
olimpiady w 1924 przebiegł 100 metrów w 10,6 sekundy!
Abrahams próbował już swych sił
cztery lata wcześniej, w Antwerpii. Nie osiągnął jednak większych sukcesów. Co
innego w Paryżu: tu zdobył złoty medal na 100 metrów, srebrny w sztafecie
4x100, a w biegu na 200 metrów był szósty. Co sprawiło, że z przeciętnego
sportowca przeobraził się w sportowca wybitnego? Wiadomo, że morderczo
trenował. Z filmu Hugh’a Hudsona „Rydwany ognia” można wywnioskować, że
osiągnięcia sportowe były dla niego formą walki z dyskryminacją Żydów.
Biografowie Abrahamsa utrzymują z kolei, że ten ambitny student prawa z
Cambridge chciał dorównać starszemu bratu, którzy miał już na swym koncie olimpijski
medal. W Internecie można znaleźć filmiki, które pokazują styl Abrahamsa:
biegał pochylony do przodu kręcąc nogami młynka, zupełnie jak strusie. Na
finiszu wychylał się w kierunku taśmy znacznie mocniej niż rywale. Bardzo
chciał wygrywać.
W ogóle od pierwszych dekad XX
wieku sport odgrywał w życiu młodych Żydów coraz istotniejszą rolę. Jeszcze
podczas II Kongresu Syjonistycznego (1898) Max Nordau zachęcał młodzież do jego
uprawiania. Marzył o „muskularnym syjonizmie”.
Znaczenie sportu podkreślał też rabin Abraham Kook. Zdrowe ciało - twierdził - może zapewnić
również zdrowie duszy. W 1903 r. Alfred Flatow (atleta, medalista z Aten)
założył w Niemczech Judische Turnerschaft. Judische Turnerschaft była pierwowzorem dla powstałych później żydowskich organizacji sportowych,
takich jak chociażby Maccabi i Hapoel. Działały one także w międzywojennej
Polsce. Rywalizujące ze sobą oddziały Hapoel istniały w Otwocku i Falenicy.
Otwocki Hapoel słynął w latach 30. ze świetnej sekcji piłki nożnej. W Falenicy
rozwinęły się boks i lekka atletyka.
A co z Rembertowem? Czy byli tam
jacyś wysportowani Żydzi? Nie wiem. 20 sierpnia 1942 roku zmuszono Żydów z
Rembertowa do morderczego marszu w kierunku Falenicy. Stamtąd mieli trafić do
Treblinki. Kiedy jednak znaleźli się na VIII Poprzecznej, część z nich (myślę,
że byli to ludzie młodzi) wskrzesiła w sobie sportowego ducha. W zapisanej
przez Wiktora Kulerskiego relacji świadka tych wydarzeń czytamy:
„Od stacji w obłoku kurzu gnała na
oślep gromada ludzi w rozwianych chałatach. Co chwila któryś koziołkował i rył
twarzą w piachu wznosząc tuman pyłu. Zanim się spostrzegłem, kilku przebiegło
obok mnie pędząc do lasu za Królewską (ówczesna nazwa ulicy Kajki – przyp.
J.C.)”. I dalej: „(…) Później mówiono, że zabitymi byli Żydzi, próbujący zbiec
z dużego transportu prowadzonego przez Niemców. Zanim zdołali sięgnąć lasu –
zostali wystrzelani z karabinu maszynowego ustawionego przy torach. Niemcy bili
z niego wzdłuż VIII Poprzecznej (…)”.
(Wiktor Kulerski, Marsz (20 VIII 1942), Wawer i jego osiedla, praca zbior., Warszawa 2007, s.268)
Poznałem tę relację kilkanaście lat
temu. Od tego czasu sporo myślę o tamtych biegnących Żydach. Czy mieli jakąś
szansę? A gdyby biegali tak, jak Harold Maurice Abrahams?
Jakie jednak prawo ma do takich
rozważań człowiek, który potrzebuje na przebiegnięcie VIII Poprzecznej trzech
minut?
Fotografie pochodzą z różnych zasobów Internetu.
Przedmiotem
refleksji chciałbym uczynić w tym poście przestrzeń Centrum Rehabilitacji,
Edukacji i Opieki TPD „Helenów” oraz rozmieszczone w niej pomniki historyczne.
Centrum działa w Warszawie przy ulicy Hafciarskiej 80/86 (dzielnica Wawer,
osiedle Międzylesie). Teren „Helenowa” jest otwarty dla osób z zewnątrz.
Traktuje się go jak park z atrakcjami. Można tu spacerować, zwiedzić mini-zoo,
skorzystać z oferty jazdy konnej, z placu zabaw czy z plenerowej siłowni. Dla
rodzin z małymi dziećmi - jak znalazł. W „Helenowie”
można też zobaczyć trzy pomniki:
- pomnik Heleny Dłuskiej,
zlokalizowany nad stawem, na południe od budynku Ośrodka
Szkolno-Wychowawczo-Rewalidacyjnego i Internatu (obiekt 6 na planie),
- pomnik Tomasza
Arciszewskiego, ustawiony przy najkrótszej, wschodniej ścianie wspomnianego
budynku (obiekt 6 na planie), frontem do budynku Pracowni Profilaktyki i
Wspomagania Rozwoju (obiekt 5 na planie)
- pomnik Józefa Piłsudskiego,
położony na południe od budynku Pracowni Profilaktyki i Wspomagania Rozwoju
(obiekt 5 na planie).
Żaden z tych monumentów nie znalazł się tu przypadkiem.
Pierwszy z nich przypomina o rodzinie Dłuskich. Kazimierz Dłuski
(1855-1830) był działaczem politycznym i społecznym. Związał się z ruchem
socjalistycznym. Publikował w „Równości”. Współtworzył Tatrzańskie Ochotnicze
Pogotowie Ratunkowe. Oddelegowano go do udziału w konferencji wersalskiej. Jako
lekarz ftyzjatra (studia odbył w Paryżu) angażował się w inicjatywy
antygruźlicze. Ok. 1890 r., podczas pobytu na emigracji, ożenił się z
Bronisławą Skłodowską (1865-1939). Bronisława również
studiowała w Paryżu medycynę. Była starszą siostrą późniejszej noblistki, Marii
Skłodowskiej. Po powrocie do kraju w 1902 roku, Dłuscy uruchomili w Zakopanem sanatorium
dla gruźlików. W drugiej połowie lat 20. stworzyli prewentorium przeciwgruźlicze
w podwarszawskim Aninie, przy ówczesnej ulicy Królewskiej (dziś: Michała Kajki). Istniało ono
do 1930 roku. Później Bronisława zaangażowała się na prośbę siostry w
budowę i organizację warszawskiego Instytutu. Została pierwszą jego dyrektorką.
W 1892 roku,
jeszcze w Paryżu, Dłuskim urodziła się córka Helena. Znaczną część dzieciństwa
Helena spędziła w Zakopanem. Była zapaloną taterniczką. W 1909 roku uległa wypadkowi
na Kominach Strążyskich. Okaleczona
w jego wyniku, mogła uprawiać w Tatrach już tylko turystykę. Walczyła o ochronę
tatrzańskiej przyrody. W 1920 wyemigrowała do Chicago. Tam w 1921 r. popełniła
samobójstwo.
W roku 1922 Kazimierz i Bronisława Dłuscy przekazali Robotniczemu
Wydziałowi Wychowania Dziecka i Opieki nad Nim położoną w podwarszawskim Kaczym
Dole działkę wraz z nieruchomościami,
położoną na przedłużeniu Alei Wilanowskiej (dzisiejsza ulica Czatów), z
przeznaczeniem na placówkę opiekuńczą. Ofiarodawcy chcieli w ten sposób uczcić
pamięć tragicznie zmarłej córki. Życzyli sobie, żeby wspomniany dom nosił imię
Heleny Dłuskiej. Z czasem utrwaliła się jednak nazwa „Helenów”.
Współczesnemu pomnikowi Heleny Dłuskiej nadano postać dziewczynki. Tę postać ustawiono
na kamieniu, pełniącym zarazem rolę cokołu. Napis na kamieniu głosi:
Helena Dłuska
1892-1921
Patronka „Helenowa”
córka Kazimierza i Bronisławy,
siostrzenica Marii
Skłodowskiej-Curie.
Rodzice - dla uczczenia pamięci
przedwcześnie zmarłej, jedynej
córki, przekazali
Towarzystwu swą posiadłość z
przeznaczeniem
na placówkę dla dzieci. Życzeniem
rodziców było,
aby placówka nosiła imię ich córki - Heleny.
Dłuscy przyjaźnili się z Tomaszem Arciszewskim, wieloletnim działaczem
Polskiej Partii Socjalistycznej, przyjacielem Józefa Piłsudskiego, uczestnikiem
słynnej akcji pod Bezdanami. Arciszewski pełnił funkcję ministra w rządach
Ignacego Daszyńskiego i Jędrzeja Moraczewskiego, później był posłem na sejm RP
I, II i III kadencji. Był też zaangażowanym społecznikiem, przewodniczącym
wspomnianego Robotniczego Wydziału Wychowania Dziecka i Opieki nad Nim. Jako
gorący zwolennik idei tworzenia domów dla osieroconych dzieci, zaproponował
stworzenie takiego domu w Kaczym Dole. Został jego organizatorem i pierwszym
kierownikiem. Tę funkcję pełnił do wybuchu II wojny światowej. Pracował z
wielkim zaangażowaniem, zyskał sobie szacunek współpracowników i miłość
podopiecznych.
Przyszły premier rządu uchodźstwie
otworzył się na nowe nurty w myśleniu o edukacji, wychowaniu i zdrowiu
publicznym. W latach 1922-1924 do „Helenowa” trafiły dzieci „osierocone przez
ojców i matki, dawnych uczestników walk i bojów o niepodległość i wyzwolenie
proletariatu”. Twórcy i pracownicy placówki zadbali o serdeczną, wręcz rodzinną
atmosferę. Zastosowano nowatorski program wychowawczy (silnie rozbudowany
samorząd z Sejmem, Senatem i sądami koleżeńskimi, system dyżurów, prace w
gospodarstwie rolnym, kooperatywa, kółka zainteresowań). Jednorazowo przebywało
w „Helenowie” około 80. dzieci.
W roku 1924 w „Helenowie”
odbyły się pierwsze kolonie letnie. Przeznaczone były dla podopiecznych
placówek prowadzonych przez RWWDiOnN. W kolejnych latach kontynuowano tę
inicjatywę. Był to dla dzieci prawdziwy raj:
przebywały na świeżym powietrzu, wyżywienie było dostosowane do ich potrzeb
zdrowotnych, miały zapewnioną opiekę lekarską. Każde dziecko wnikliwie
badano i ustalano dla niego indywidualny program zdrowotny. Co roku z kolonii
korzystało około czterech setek dzieci. „Helenów” okazał się strzałem w
dziesiątkę.
Tomaszowi Arciszewskiemu poświęcony jest drugi helenowski pomnik. Ma on formę
popiersia ustawionego na cokole. Na cokole umieszczono napis:
TOMASZ ARCISZEWSKI
1877-1955
Założyciel Robotniczego
Towarzystwa Przyjaciół Dzieci,
jego I prezes w latach 1929-1944.
Poseł na Sejm II Rzeczpospolitej
Polskiej.
Premier Rządu Emigracyjnego Rzeczpospolitej
Polskiej w Londynie w latach
1944-1947.
Inicjator powstania zakładu
wychowawczego
dla dzieci biednych imienia
Heleny Dłuskiej „Helenów” i jego
kierownik do 1939 r.
22 czerwca 2001 r.
Druga inskrypcja została umieszczona na
popiersiu:
Tomasz Arciszewski
Minister Poczt i Telegrafów
18 XI 1918-17 I 1919
Trzeci pomnik
to pomnik Józefa Piłsudskiego. Tworzą go dwa umieszczone o bok siebie kamienie.
W tym przypadku „opowieść pomnika” jest tak obszerna, że tłumaczenie kontekstu
staje się zbędne. Oto treść napisu na kamieniu prawym:
JÓZEF
PIŁSUDSKI
1867-1935
NACZELNY
WÓDZ I NACZELNIK PAŃSTWA.
PIERWSZY
MARSZAŁEK PAŃSTWA.
PREMIER
RZĄDU POLSKIEGO
I wreszcie obszerne napisy na kamieniu lewym. Napis górny to fragment wypowiedzi Mieczysławy Śniegockiej, podopiecznej „Helenowa”, zamieszczonej w kronice helenowskich placówek opiekuńczych):
Napis
środkowy tworzy „przepisany” fragment artykułu Ryszarda Klonowskiego „Zwrot
zaczepny”, zamieszczonego w lokalnym piśmie „Między Nami Aninianinami”, (kwiecień
2002):
Napis
dolny to kolejny fragment wspomnianego artykułu:
Zapewne inskrypcja ta może być uznana za propozycję „ocieplenia” wizerunku
Józefa Piłsudskiego. Trudno jednak uwolnić się od myśli, że stoi się w miejscu,
w którym decydowały się być może losy Polski i Europy: według biografów marszałek
Polski spędził kilka trudnych dni z początku sierpnia (od 2 do 5?) 1920 roku w
„rezydencji z ogrodem położonej w Aninie”; wiele wskazuje jednak na to, że
chodziło o dom Kazimierza Dłuskiego i Bronisławy Skłodowskiej-Dłuskiej w Kaczym
Dole. Może być tak, że to tu Piłsudski dokonał wyboru właściwej koncepcji
odparcia ofensywy bolszewickiej.
Co zawdzięczamy helenowskim pomnikom? Poznajemy dzięki nim dylematy i dramatyczne koleje losu zaangażowanej społecznie rodziny inteligenckiej z przełomu XIX i XX wieku. Dowiadujemy się, skąd wzięła się nazwa „Helenów”. Możemy też zdać sobie sprawę, że znane nam z podręczników postacie brały udział nie tylko w pierwszoplanowych wydarzeniach, ale również w lokalnych inicjatywach (była już mowa o Piłsudskim i Arciszewskim, warto wspomnieć, że w roku 1932 gościła w „Helenowie” Maria Skłodowska-Curie; aż dziw, że to wydarzenie nie zmaterializowało się w postaci kolejnego pomnika). Otrzymujemy szansę prześledzenia powiązań między programem Polskiej Partii Socjalistycznej a postawami społecznymi jej działaczy (przykłady różnego „kalibru”: Piłsudski, Arciszewski, Dłuski). Widzimy jak na dłoni, jakie praktyczne zastosowania mogły znaleźć wartości „antropologiczne” istotne dla kręgu socjalistów niepodległościowych (równość, sprawiedliwość społeczna, humanizm, godność osoby ludzkiej, wrażliwość na krzywdę). Jest to godne przypomnienia tym bardziej, że ten obóz polityczny i jego system wartości ulega w ostatnich dekadach zapomnieniu. Tymczasem świadomość, że działalność polityczna i wysokie miejsce w hierarchii społecznej wiąże się z odpowiedzialnością za ludzi plasujących się na niższych szczeblach tej hierarchii, jest w naszych czasach na wagę złota.
Korzystałem z różnych
zasobów Internetu. Przede wszystkim ze strony internetowej http://www.helenow.pl.
W grudniu 1939 roku niemieccy policjanci rozstrzelali w Nowym Wawrze stu sześciu Polaków (mówiąc precyzyjniej: obywateli państwa polskiego)....